niedziela, 6 marca 2016

Rozdział 13


Jak można czuć się spełnionym, kiedy serce przyzwyczaiło się do pompowania wrzącej krwi? Ludzie tacy jak ja czują się spełnieni tylko wtedy, gdy na ich twarzach widać wysiłek, a napięte do granic wytrzymałości ścięgna szykują się na kolejny skok w nieznane po to, żeby nadać życiu smak. Żeby robić coś, co ma sens. Bo chociaż zmęczenie boli, to ja lubię ten ból. Lubię pot i lubię czuć serce, które wali w klatce piersiowej ze zmęczenia, chcę wciąż i wciąż więcej. To pod­niesiona ad­re­nali­na uka­zuje nam sza­leństwo i ra­dość, lecz także ból i go­rycz sta­ran­nie wpi­sane w uro­ki życia. Ad­re­nali­na ut­wier­dza w myśli, że nic nas nie ogranicza. Od zawsze lubiłam to ry­zyko. Po­niekąd i miłość na­leży do ek­stre­mal­nych zadań. Dlatego cho­ler­nie kuszę los, na­ginając re­zerwę bez­pie­czeństwa, poz­wa­lając tej cudownej ad­re­nali­nie pul­so­wać w swoich żyłach.
Wysiadłam z taksówki pod dobrze mi znana bramą, za którą mieścił się dom mojego przyjaciela. Weszłam do środka, gdzie w progu przywitała mnie wiecznie merdająca ogonem Sara - była już psem w podeszłym wieku, jednak energia i radość od niej bijące, były naprawdę cudowne. Nie minęła chwila, jak głos szczekającego z radości psa wywabił Max'a z garażu, skąd mi pomachał i zaprosił gestem ręki, abym przyszła do niego. Ruszyłam pewnym krokiem, czując już narastającą we mnie radość na to, co miało za chwilę nastać. 
Gdy tylko weszłam do pomieszczenia, poza półkami z przeróżnymi narzędziami, moją uwagę przykuł nie obarczony żadną, nawet najmniejszą skazą przedmiot, który był uznawany przez wielu za maszynę niosącą śmierć.
- Co tak na nią patrzysz? - rzucił do mnie Max, widząc jak podziwiam jego maszynę.
- Na nią?
- No tak, to jest Betty. Przywitaj się - puścił mi oczko przewieszając sobie przez ramię jakąś ścierkę.
- Nazwałeś motor Betty? - spojrzałam na niego jak na wariata - Teraz wiem, dlaczego wciąż nie masz dziewczyny.
- Właśnie Betty jest moją dziewczyną! - zaśmiał się - Piękna, mądra, zwinna, szybka, no i przede wszystkim nigdy się ze mną nie kłóci.
- W takim razie czekam na wasze małe 'oponki' - przewróciłam oczami, po czym podeszłam do maszyny przejeżdżając ręką bo kierownicy - Ile to cacko ma?
- 150KM, do setki rozpędza się w niecałe 4 sekundy - spojrzał na mnie spod byka - Znając Ciebie, będziesz chciała to sprawdzić.
- Oczywiście - uśmiechnęłam się - Dawno nie jeździłam motorem, w końcu wrócę na chwilę do czasów dzieciństwa.
- Dlatego też mam wątpliwości... Miśka jeździliśmy jak byliśmy gówniarzami, to nie jest najlepszy pomysł.
- Oj daj już spokój - rzuciłam spoglądając na niego błagalnym wzrokiem - Obiecuję odstawić Ci Betty w nienaruszonym stanie.
- Niech mi jej włos z głowy spadnie, a osobiście Cię zatłukę.
- Jeśli jej spadnie, to mnie raczej będziesz u rodziców na cmentarzu oglądać - zaśmiałam się, na co Max walnął mnie w ramię - Ał debilu!
- Należało Ci się za gadanie takich głupot. Boże, co ja znowu robię? Daję najbardziej powalonemu człowiekowi na ziemi moją najwspanialszą Betty...
- Nie stękaj już - przytuliłam się do niego - Jesteś moim takim niebiologicznym bratem, wiesz?
- Jako brat powinienem Ci wbić do tej pustej głowy trochę rozumu, oraz odmówić pożyczania rzeczy, które mogą Cię zabić.
- Koń też mógł mnie zabić, a jakoś prowadziłeś mi treningi?
- To co innego - skwitował - Nie możesz wziąć tego? - wskazał brodą na stojący w rogu skuter.
- To? - zaśmiałam się - Kosiarka do trawy ma więcej mocy od tego.
- Dobra, wiem że i tak nie wygram więc bierz Bett. Zapewne stroju ani kasku nie masz?
- Nie - przygryzłam wagę - Masz coś pożyczyć?
- Mój będzie za duży, ale gdzieś na górze był jeszcze mojej mamuśki. Poczekaj - rzucił i wyszedł z garażu, zostawiając mnie sam na sam z Betty.
Usiadłam okrakiem na maszynie, przejechałam dłonią po kierownicy i uśmiechnęłam się sama do siebie. Gdy byliśmy młodsi, razem z Natalia i Maxem śmigaliśmy dużo quadami i motorami, głownie po polach  i leśnych ścieżkach. Z czasem, kiedy Max zaczął się bardziej tym interesować, uczył mnie i jeździł ze mną coraz to dalej. Była to forma 'nagrody' za porządne treningi jeździeckie oraz sukcesy, jakie odnosiłam wtedy na zawodach. 
- Jestem! - wszedł z szerokim uśmiechem, trzymając w rękach spodnie, kurtkę, buty i kask - Całość powinna być dobra, nie mam pewności tylko co do kasku.
- Pokaż - wzięłam go od niego i założyłam sobie na głowę - Pasuje idealnie.
- Dobra, tutaj masz kluczyki - dał mi je do ręki - Idę do domu, muszę pomóc tacie przy naprawie schodów. Jest zatankowany, możesz się tutaj przebrać. Jak będziesz wyjeżdżać zamknij bramę od garażu.
- Nie ma problemu, odstawię go przed południem.
- Uważaj na siebie - pocałował mnie w policzek i skierował w stronę drzwi, łączących garaż z domem - Michelle... - odwrócił się jeszcze w progu spoglądając na mnie - Pamiętaj, że motory nigdy nie wybaczają błędów, więc nie jeździj szybciej niż potrafisz myśleć.
- Kiedyś powiedziałeś mi takie zdanie: odważni nie żyją wiecznie, lecz ostrożni nie żyją wcale - puściłam mu oczko, na co posłał mi swój ostatni, uroczy uśmiech.


Ulegając złudzeniu własnego cierpienia, szukamy winnych naszych niespełnionych oczekiwań. Podczas, gdy tak naprawdę w większości winę za nasze cierpienie ponosi nasza wyobraźnia i my sami. Budujemy w sobie marzenia i obrazy przyszłości odpowiadające tylko naszym potrzebom i pragnieniom. Brak ich spełnienia powoduje ból i tęsknotę za rysunkami z naszych snów. Czasami warto oderwać się od swoich pięknych marzeń i dać życiu szansę, aby samo nas poprowadziło, dać sobie przestrzeń i miejsce. Tylko wolni... Wolni od swoich oczekiwań możemy być prawdziwi i tylko wtedy może nas odnaleźć coś prawdziwego.
Siedziałem na kanapie, przerzucając kanały w telewizorze. Zrobiłem sobie dzisiaj dzień wolny od pracy, aby pozbierać wszystkie myśli do kupy i zastanowić się czego tak naprawdę oczekuję od życia. Nagle do salonu weszła Lisa, ubrana w płaszcz i wysokie kozaki. Spojrzałem na kobietkę niepewnie, gdyż od kłótni po jej powrocie, nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem.
- Wychodzę - rzuciła mierząc mnie wzrokiem - Wrócę jutro przed południem.
- Dokąd jedziesz? - spytałem udając całkowicie obojętnego.
- Do znajomego.
- Znajomego? - zaśmiałem się spoglądając na kobietę - I jedziesz do niego na noc?
- Robi Ci to jakąś różnicę? Bo mi żadną - warknęła - Skoro Ty wolisz przed telewizorem siedzieć...
- Jaja sobie ze mnie robisz? - wstałem podchodząc do niej - Powiedz, że to jakiś żart, tak?
- A wyglądam jakbym żartowała?
- Jesteśmy razem, a ty przychodzisz do mnie i mi mówisz, że jedziesz do jakiegoś gościa na noc, bo masz ochotę się zabawić?
- W tym momencie bardziej Cię wkurza Mike to, że podważam Twój autorytet, niż to że naprawdę wolę z kimś innym spędzić ten wieczór.
- O czym Ty do cholery mówisz?
- Słyszałeś - rzuciła ostro i skierowała się w stronę wyjścia z salonu.
Krzyczałem jeszcze za nią, ale nic to nie dało. Zignorowała to całkowicie i poszła. No pięknie... Przyszła, powiedziała że jedzie do jakiegoś fagasa i tyle. Wkurzony opadłem na kanapę, chowając twarz w dłoniach. Mimo iż jej nie kochałem, to jak mnie teraz potraktowała zabolało, nawet bardzo. Ośmieszyła mnie, zrobiła ze mnie idiotę... Nawet nie miała problemów, aby wyznać, że chce się po prostu rozerwać.
Oparłem głowę o tył kanapy czując jak wali mi serce. Próbowałem znów skupić się na migającym obrazie telewizora, jednak w głowie wciąż słyszałem słowa Lisy. Z rozmyśleń wyrwał mnie dopiero Robert - jeden z moich ochroniarzy. Wszedł niepewnie pukając.
- Panie Jackson, przyszła jakaś kobieta z dzieckiem do Pana. Przedstawiła się jako Natalia Rose. Czy mam...
- Niech przyjdzie - posłałem mężczyźnie słaby uśmiech.
Nie minęła chwila, a do salonu wparowała uśmiechnięta od ucha do ucha Eva, a za nią wolnym krokiem szła Natalia. Dziewczynka bez zastanowienia rzuciła mi się na szyję, do czego już się zdążyłem przyzwyczaić. Zawsze to robiła, a ja nie wyobrażałem sobie innego powitania z jej strony.
- Pan Michael Jackson Pierwszy Wielki siedzi przed TV? To ci dopiero numer - kobieta zaśmiała się, pocałowała mnie w policzek i usiadła w fotelu na przeciwko - Przeszkadzamy?
- Nie, skąd - uśmiechnąłem się spoglądając na wtuloną we mnie Evę - Nawet nie masz pojęcia, jak dobrze was widzieć. Lisa mi podniosła przed chwilą ciśnienie...
- Mijałam się z nią w bramie - rzuciła - Nie wyglądała na przejętą, żebyście się kłócili.
- Domyślam się, że nie była przejęta - zacisnąłem dłoń w pięść - Przepraszam... - rzuciłem ze skruchą - Po prostu czasem już nie wytrzymuję. Naprawdę cieszę się, że jesteście.
- Eva mi truła od rana czy przyjedziemy, nie miałam serca jej odmówić.
- Dla mnie to sama przyjemność - uniosłem lekko kąciki ust - A Michelle?
- Wygoniłam ją rano z domu - zaśmiała się Nat - Kazałam jej wyjść i zrobić coś dla siebie.
- Dla siebie? - uniosłem jedną brew - Znając ją i jej pomysły, nie skończy się to za dobrze. Czy...
- Oj Michaś nie siej już paniki. Sama zaproponowałam jej, że zajmę się małą. Jest w końcu matką 24h na dobę, sama ją wychowuje, więc należy się jej chwila relaksu.
- Masz rację - spojrzałem na dziewczynkę, która zapatrzyła się w obraz na ekranie - Chociaż ja bym wiele dał, aby ktoś taki jak Eva 'męczył' mnie codziennie.
- Michael... - Natalia spojrzała na mnie z dziwnym wyrazem - Nic nie zauważyłeś? Niczego się nie domyślasz? Nic?
- O czym mówisz? - spojrzałem na kobietę pytającym wzrokiem - Nat?
- Przepraszam... Nie mogę - schowała twarz w dłoniach po czym wyszła z salonu idąc w stronę kuchni.
- Eva, kochanie poczekasz tutaj chwilkę? - spojrzałem na dziewczynkę, na co tylko posłała mi swój uroczy uśmiech.
Pocałowałem ją we włoski i wyszedłem z pokoju, udając się za kobietą.
- Nat? - zastałem ją w kuchni, opartą o blat z wzrokiem wbitym w podłogę - O czym mówiłaś?
- Proszę, nie mów Miście, że przyszłam tutaj dzisiaj z małą, ok?
- Dobrze, ale dlaczego?
- To skomplikowane. Zresztą to wy sobie wszystko ciągle komplikujecie! Mam nadzieję, że pogodzicie się niedługo bo to już się robi nie do zniesienia.
- Marne szanse. Chociaż mój związek z Lisą chyba nie potrwa już długo...
- Jak to? - spojrzała na mnie marszcząc brwi - Nie chcę się wtrącać, ale coś się stało?
- Od dawna między nami się nie układało. Po prostu chyba zaczynamy z Lisą rozumieć, że oszukiwanie siebie samych przestaje mieć jakikolwiek sens. Od początku ten związek był fikcją, myśleliśmy, że uda się nam zrobić z tego prawdziwą relację, ale jak widać serce nie tak łatwo daje się oszukać.
- Miśka wie?
- Wie, że nie kocham Lisy, ale o naszych problemach staram się jej nie mówić za dużo - spojrzałem na przyjaciółkę - Proszę, nie mów na razie Michelle nic o tym, dobrze?
- Jasne - uśmiechnęła się - A Ty jej nie mów, że byłam tutaj z Evą, bo jak się dowie to mnie zabije, zakopie, odkopie i ponownie zabije dla własnej satysfakcji - zaśmialiśmy się.
- Mam do Ciebie jeszcze jedną prośbę, a właściwie pytanie... - chwilę się zamyśliłem - Czy Michelle lub Eva, wspominały Ci coś ostatnio o jakiejś dziwnej akcji z Emilio?
- Yyy, nie... Chyba nie... Dlaczego pytasz?
- Eva coś ostatnio wypaliła, chciałem coś wyciągnąć ale niewiele to dało.
- Mike, posłuchaj - spojrzała na mnie - Jeśli nawet coś się stało, Miśka na pewno kazała Evie milczeć, a uwierz mi ona tak ją kocha, że za nic nie wyda Miśki i nie złamie danego jej słowa. Mają tylko siebie, są niezniszczalne i nie próbuj nawet złamać małej, bo tylko stracisz jej zaufanie do siebie, a Eva naprawdę Ci ufa.
- Wiem - uśmiechnąłem się - Dziękuję Ci Nat, że wpadłyście. Dobrze mi to zrobiło.
- Zawsze możesz na mnie liczyć - uśmiechnęła się i razem wróciliśmy do salonu, gdzie siedziała Eva tak, jak ją zostawiłem przed chwilą. Usiadłem obok dziewczynki, a ona oparła główkę o moją rękę, wciąż oglądając bajkę. Pogłaskałem ją po główce, po czym na mnie spojrzała.
- Mogę mieć do Ciebie prośbę? - uśmiechnąłem się do niej, a ona pokiwała tylko główką, wyczekując co chcę powiedzieć - Jeśli byś miała jakiś problem, bałabyś się lub coś by się działo co Cię zaniepokoi, od razu do mnie zadzwonisz, tak?
- Dobrze - uśmiechnęła się - Mogę obiecać na mały palec.
- Na co? - zaśmiałem się i spojrzałem na nią pytającym wzrokiem.
- Na pały palec - wystawiła rączkę, skłądając wszystkie paluszki poza najmniejszym - Zawsze tak robiłam z mamusią.
- No dobrze - zrobiłem to samo, zaciskając nasze palce i szepnąłem jej do ucha - Na mały palec.
- Na mały palec - potwierdziła.


Wskazówka na liczniku dobijała właśnie do 230km/h. Puste drogi poza granicami LA były miejscem idealnym do rozwinięcia prędkości, jakiej mi było teraz potrzeba. Czułam tylko jak wali mi serce, a do uszu docierał ryk silnika, który grał jedną z najprzyjemniejszych muzyk na świecie. Gdy człowiek sam, dobrowolnie doprowadza do sytuacji, gdzie jeden błąd może skończyć się śmiercią - poznaje wagę podejmowanych decyzji. Skupia się na sobie, wymaga to zaufania do własnego umysłu i ciała, których decyzje są tutaj tak decydujące. Bo w końcu jak można zaufać innym, nie ufając samemu sobie?
Widząc w oddali główną drogę, którą miałam wrócić do LA zaczęłam powoli zwalniać. Byłam już i tak spóźniona, a jeszcze musiałam przecież przed spotkaniem z Emilio odstawić motor do Maxa. Całkowicie straciłam poczucie czasu. Już dawno nie czułam się taka wolna i nic nie sprawiło mi takiej frajdy.
Wyprzedzając po kolei samochody już z mniejszą prędkością, wjechałam w końcu do betonowej dżungli. Ruch na ulicach był ogromny, a pieszych równie wielu - mimo chłodniejszej pogody, piękne słońce zachęcało do opuszczenia mieszkania. Wymijając bokiem samochody, dostałam się na sam przód kolejki, czekającej na światłach przy przejściu dla pieszych. Widząc, że czerwone światło ciągle się pali, zaczęłam poprawiać swoje skórzane rękawiczki, przyglądając się ludziom na ulicy. Nagle jeden z przechodniów na przejściu upadł, jakby stracił całkowicie władzę w nogach - był to starszy mężczyzna, który wyglądał mi dość znajomo. Rozejrzałam się po ludziach idących obok niego, jednak nikt nawet nie raczył podejść i zapytać, czy nic się nie stało, nie mówiąc o jakiejkolwiek pomocy. Nie zważając czy będę blokować ruch, zgasiłam silnik, zostawiłam motor i podbiegłam do mężczyzny pomagając mu wstać.
- Doktor Stewart...? - dopiero gdy podniósł się z ziemi, mogłam rozpoznać tę dobrze mi znaną, pomarszczoną buźkę - Musimy zejść z jezdni - rzuciłam pomagając dojść ledwo przytomnemu mężczyźnie na chodnik.
- Cukier... - wydukał - Spadł mi cukier... Mam w saszetce glukozę...
Dopiero po chwili szoku zaczęłam racjonalnie myśleć. Posadziłam mężczyznę na ławce i szybko zaczęłam szukać w jego saszetce strzykawki z glukozą. Gdy tylko znalazłam bez chwili zastanowienia pomogłam Doktorowi podwinąć nogawkę spodni i wbiłam igłę w jego udo, powoli wciskając zawartość. Gdy było po wszystkim usłyszałam trąbienie auta, które przez mój motor zostawiony na drodze nie mogło przejechać.
- Proszę poczekać, niech Pan się nie rusza, zaraz przyjdę - rzuciłam do mężczyzny i pobiegłam szybko zabrać maszynę z jezdni. Podprowadziłam Betty obok ławki, gdzie siedział wciąż ledwo przytomny mężczyzna.
- Wezwać pogotowie? - spytałam jednocześnie ściągając kask z głowy i wieszając na kierownicy motoru.
- Nie... Zaczyna działać... Odzyskuję wzrok... - rzucił majacząc - Mi... Michelle? - dopiero gdy zdjęłam nakrycie głowy rozpoznał mnie.
Uśmiechnęłam się do niego ciepło i usiadłam obok na ławce obejmując delikatnie ramieniem. Siedziałam tak dziesięć minut w milczeniu, czekając aż glukoza zacznie działać. Cukrzyca jest okropną chorobą, której lekceważenie nie jest dobrym pomysłem. Często doprowadzenie do zbyt niskiego cukru, kończy się śpiączką cukrzycową, dlatego tak ważna jest reakcja natychmiastowa. Ludzie przechodni często mylą osoby chore na cukrzycę z zwykłymi pijakami, objawy są podobne - zamazany wzrok, słabe kontaktowanie, problem z utrzymaniem się na nogach, człowiek momentalnie się poci i dostaje nawet drgawek. Dlatego tak ważne jest, aby reagować i pomagać - kto wie, czy nie uratujemy czyjegoś życia? W końcu każdy z nas może zostać czyimś aniołem.
- Daleko Pan mieszka? - spytałam, gdy już dochodził powoli do siebie.
- Nie... Tutaj dwie ulice stąd... Nie wiem jak mam Ci dziękować dziecko, gdyby nie Ty nikt by mi nie pomógł...
- Cała przyjemność po mojej stronie. Pan pomaga ludziom na co dzień, dobro zawsze do nas wraca - przytuliłam mężczyznę, który był roztrzęsiony całą sytuacją - Nawet lekarz ma czasem prawo czegoś niedopilnować. Odprowadzę Pana do domu - skwitowałam pomagając mężczyźnie wstać - Da Pan radę iść o własnych siłach? Muszę prowadzić jeszcze motor znajomego.
- Już dobrze, spokojnie - rzucił uśmiechając się do mnie delikatnie, a ja zaczęłam rozpoznawać w nim tego wiecznie naładowanego pozytywnym myśleniem lekarza, który tak zaciekle walczył o zdrowie i życie mojej matki.
Droga do jego mieszkania faktycznie nie trwała długo. Postawiłam pod klatką motor i weszłam za mężczyzną na piętro. Jego mieszkanie nie było wielkie, ale bardzo przytulne i ładnie urządzone. Ludzie często kojarzą lekarzy jako nadęte, bogate staruchy ale to nie prawda - wszystko zależy, na jakiego człowieka po prostu trafimy.
- Rozgość się kochanie, przyniosę zaraz herbatki - uśmiechnął się do mnie w widocznie lepszym stanie. Wrócił po paru minutach z dwoma gorącymi kubkami.
- Dziękuję - szepnęłam niemal niesłyszalnie - Teraz jak na spowiedzi: dlaczego Pan się doprowadził do takiego stanu, hm? Jako lekarz powinien Pan doskonale wiedzieć, że nie można tak...
- Od rana byłem bardzo zabiegany. Zapomniałem zjeść coś... Czułem już wcześniej, że zaczyna mi się kręcić w głowie, miałem zjeść coś słodkiego, ale jakoś tak wyszło i...
- To niech więcej nie wychodzi - pogroziłam mu palcem - Mogło się to skończy fatalnie.
- Ale na szczęście Ty tu byłaś - uniósł lekko kąciki ust - Tyle lat Cię nie widziałem, a teraz kiedy byłaś potrzebna, wyrosłaś mi spod ziemi.
- Każdy powinien tak zareagować, nie rozumiem dlaczego nikt nie podszedł tylko...
- Już się nie denerwuj - przerwał mi i pogłaskał mnie po ramieniu niczym dobry ojciec - Tak to już działa ten świat. Każdy się gdzieś spieszy i nie patrzą na innych.
- Oni również mogą kiedyś potrzebować takiej pomocy - zmarszczyłam brwi.
- Sama powiedziałaś, że to co dajemy do nas wraca - zaśmiał się i dopił swoją herbatę do końca - Teraz chcę wiedzieć od Ciebie jak na spowiedzi: był w końcu chłopiec czy dziewczynka?
- Dziewczynka - przygryzłam wargę.
- Wiedziałem! - zaśmiał się - Zdrowa? Wszystko dobrze?
- Tak - wyciągnęłam z portfela zdjęcie Evy - To ona.
- Prześliczna - uśmiechnął się do fotografii - Tatuś pewnie dumny, co?
- Bardzo - posłałam mu fałszywy uśmiech, nie chcąc aby wypytywał więcej - Musze się zbierać... Jestem umówiona a już i tak mam ponad godzinę spóźnienia.
- Rozumiem - wstał razem ze mną i odprowadził mnie do drzwi - Robiłaś sobie już badania?
- Badania? - spojrzałam na niego - Nie rozumiem?
- Wiesz, że rak bardzo łatwo przechodzi w rodzinie. Wcześnie wykryty daje większe szanse na pokonanie choroby. Nie lekceważ tego Michelle. Przyjdź na dniach do nas, zrobisz badania aby mieć pewność. No i tą Twoją małą ślicznotkę też kontroluj.
- Obiecuję, że przed moim ponownym odlotem przyjdę zrobić badania, no i oczywiście się pożegnać.
- Trzymam Cię za słowo - przytulił mnie na pożegnanie - Mam u Ciebie dług Panno Evans.
- Zapamiętam - zaśmiałam się - Proszę dbać o siebie i kontrolować poziom cukru.
- Masz moje słowo.


Gdy zajechałam pod dom Emilio dobijała godzina siedemnasta. Szlak... Tyle spóźnienia... Droga od mieszkania Doktora Stewarta była ciągle zakorkowana, że nawet motorem nie dało się przecisnąć. Nim odstawiłam Betty do Maxa, a potem tu przyjechałam minęło kolejne półtorej godziny. Szybkim krokiem wbiegłam po schodach na piętro i zapukałam do dobrze mi znanych drzwi. Otworzył je po chwili mierząc mnie wzrokiem. Nic nie mówił, wyraz jego twarzy nie zdradzał najmniejszych emocji - po prostu zrobił mi miejsce w drzwiach i wpuścił do środka.
Spojrzałam na niego niepewnie i odwiesiłam kurtkę na wieszak. Nagle niespodziewanie podszedł do mnie i z rozbiegu pchnął mnie na ścianę. Poczułam ból przeszywający moje plecy. Złapał mnie za gardło zmuszając, abym na niego spojrzała.
- Gdzie byłaś? - syknął nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Nigdzie. Byłam na mieście, przepraszam za spóźnienie ja...
- Nie kłam - przerwał mi - Byłaś u niego, tak?
- Michaela? Nie, nie widziałam się z nim - poczułam jak napływają mi do oczu łzy - Proszę puść mnie, to boli - wyszeptałam przełykając ślinę.
Zwolnił uścisk i odsunął się o krok. Myślałam, że to tylko chwilowy wybuch, jednak po chwili odwrócił się w moją stronę i nawet nie wiem kiedy to się stało... Poczułam tylko piekący ból na policzku oraz jak siła grawitacji ciągnie mnie w bok. Przytrzymałam się szafki stojącej obok, aby nie upaść. Dotknęłam dłonią palącego miejsca spoglądając na mężczyznę, którego wzrok mówił, że najchętniej powtórzyłby teraz to, co zrobił przed chwilą.
Uderzył mnie... Nie mogłam uwierzyć, że to zrobił... Normalna dziewczyna by się przestraszyła, krzyczała, uciekła lub jakkolwiek zareagowała. A ja? Stałam wpatrzona w niego, zastanawiając się co teraz myśli. Pamiętam dobrze jak David kiedyś utożsamiał ból i cierpienie z uczuciem, którym podobno mnie darzył. Wtedy mu wierzyłam, byłam wręcz pewna, że robi to z miłości. Teraz cierpiałam. Cierpiało moje ciało - lecz nie serce, które mimo to kolejny raz zostało wystawione na próbę. Nie wybiegłam z płaczem, to nie w moim stylu. Okazałabym tym słabość i lęk, którym nigdy nie pozwalałam wydobywać się na światło dziennie, jeśli nie otaczała mnie samotność. Nie będę tchórzem, nigdy nim nie byłam. Byłam zbyt dumna, ból fizyczny nigdy nie robił na mnie wrażenia. Swoją zasługę ma w tym również David - chyba jedyny plus naszej starej, chorej relacji. Pewnie zwykłe milczenie Michaela bardziej by mnie ruszyło, niż to co zrobił przed chwilą Emilio. Co teraz? Musiałam sobie chyba coś udowodnić.
Co mi więc przeszło przez myśl?  ' Zasłużyłaś sobie na to Michelle, zasłużyłaś i oto Twoja kara.'
- Nigdy więcej, zrozumiano? - warknął po czym chwycił mnie za rękę i poprowadził w stronę salonu.
Nikt nie może na­kazać miłości us­ta­wowo. Nie można jej roz­ka­zywać ani pochleb­stwa­mi namówić do służby. Miłość na­leży do siebie sa­mej, głucha na błaga­nia i nie­wzruszo­na wo­bec prze­mocy. Miłości nie można ne­goc­jo­wać. Je­dynie miłość jest sil­niej­sza od pożąda­nia i jest je­dynym praw­dzi­wym po­wodem opar­cia się po­kusie.
Wiele bym dała, aby był tutaj Michael. On by mnie nie skrzywdził, nigdy by tego nie zrobił. Dlaczego życie od samego początku naszej znajomości, sypało nam kłody pod nogi? Może to wszystko po to, aby nasze życie miało drogę, aby tęsknić, aby za czymś gonić bez świadomości tego, że naszym celem jest odnaleźć siebie. Ktoś już kiedyś zapisał nas sobie. Tylko dlaczego dał nam do przejścia tak długą i krętą drogę? A może przypadek sprawił, że mogliśmy się spotkać. Jak to jest ? Kto to ustala, że należymy do siebie, a nie możemy się odnaleźć... I być... I kochać...

***

Komentarz = to motywuje!

***

Tym razem kilka słów daję na koniec:)
Pragnę, abyście zwracali uwagę na niektóre szczegóły, akcje dziejące się w opowiadaniu. Jak wiecie, mam całą historię w głowie od A do Z, więc wiele wątków jest zawieranych celowo, bo będą mieć znaczenie w kolejnych częściach np: dzisiejsza pomoc Miśki wobec Doktora Stewarta:)
Dodam też od siebie co do cukrzycy i pomysłu, dlaczego takowy stworzyłam - często ciężko rozpoznać na ulicy osobę chorą, od zwykłego 'menela'. Cukrzyca nie jest jedyną, ale jedną z wielu chorób, której skutki jak w opowiadaniu opisałam, mogą być mylące. Ja spotykam się z tym na co dzień, mówię wam to jako córka osoby chorej na cukrzycę.
'W końcu każdy z nas może zostać czyimś aniołem.'

Pozdrawiam! ;)

~~~~~

"Pragniesz być równie bogaty?
Płać sercem, nie pieniędzmi.
I nigdy na raty."

wtorek, 1 marca 2016

Rozdział 12



Na wstępie jak zawsze mini ogłoszenia parafialne ;3
Jakoś w przeciągu tygodnia mam spotkanie pewne informacyjne, więc bd mogła się spokojnie dowiedzieć, czy na czas wakacji będę zmuszona zawiesić bloga, czy też nie.
Lipiec raczej będzie funkcjonalny: mam szkolenie szybowcowe wtedy, ale  napisze sb do przodu i na lotnisku w chwili przerwy zawsze bd mogła opublikować.
Jak będzie z sierpniem i wrześniem - nie wiem, gdyż to zależy czy będąc za granicą będę miała tam dostęp do internetu, czy też nie. Wybieram się na praktyki na drugi koniec Europy (prawdopodobnie Hiszpania), niedługo mam spotkanie to może się dowiem, jak tam będzie z 'kontaktem ze światem'. Obiecuję, że jak nam zapewnią darmową sieć to również i na ten czas napisze do przodu, aby co jakiś czas wam móc coś opublikować:) 
Tak wiem mną nosi znowu po świecie, ale cóż zrobić xD
Niby mogę wziąć normalne praksy w biurze podóży kilka km od mojego domu, ale po co skoro można jechać w nowe miejsca, do nowych ludzi i przeżyć kolejną mega przygodę? :D
To nic, stęsknicie się za mną za rok dopiero bo wtedy aż na 3 miesiace jadę do Grecji pracować xD O ile przejdę pomyślnie wszystkie kroki, jakie Erasmus mi narzucił, ale jestem na bardzo dobrej drodze póki co :D
Po przeczytaniu rozdziału zachęcam was do obejrzenia powyższego filmiku: Matt pokazał na nim idealnie coś, dzięki czemu część z was pewnie zaczai, dlaczego nie chcę siedzieć w jednym miejscu :D  
Rezygnacja z marzeń tylko dlatego że wymagają one czasu jest bezsensowna... Pamiętajcie: czas i tak upłynie!:)
PS: Marysia -  02:33 od razu z Tobą mi się skojarzyło xD <3
Pozdrawiam!:)


~~~~~

Za każde złe słowo chciałam przepraszać, usiąść mu na kolanach, wtulić się. Chciałam uciec, zabrać go, schować się gdzieś poza światem. Ale się nie udało. I najbardziej żałuję teraz czasu, który zmarnowałam na denerwowanie się na głupie rzeczy, które przecież sama robię, na pakowanie walizki, uciekanie, krzyki i kłótnie. Żałuję tego, że nie potrafiłam docenić tych rzeczy, które były tego warte, nawet te najdrobniejsze. Trzeba doceniać, cieszyć się życiem bez świadomości, że ktoś zaraz odbierze nam całe szczęście schowane w drugim, ukochanym ciele.
Po wczorajszej rozmowie z Michaelem byłam na siebie cholernie zła. Miałam się od niego izolować, miałam w końcu zacząć racjonalnie myśleć, i co? 
Tak czy siak chciałam odwiedzić tę plażę. Za tamtych czasów wiele ona dla mnie znaczyła, a bycie tam razem z nim będzie mnie tylko umacniać w przekonaniu, jak wiele straciłam. 
Wracałyśmy z Evą z cmentarza. Chciałam jak najwięcej czasu spędzić z rodzicami, gdyż tysiące kilometrów nas dzielące uniemożliwiały mi spotkania po moim wyjeździe. Oczywiście gdy Eva dowiedziała się, że znów dzień spędzi u boku Michaela - szczęściu nie było końca.
Faktem jest - że nigdy, żaden mężczyzna nie poświęcał jej tyle uwagi co Mike. Od razu odnalazła w nim to, czego tak bardzo pragnęła i czego tak bardzo jej brakowało. 
- Gorąco... - rzuciła, gdy już prawie byłyśmy pod domem Natali - Gorąco mi.
- Zaraz będziemy w domku. 
- Mamuś... A to nie Emilio? - spojrzałam w kierunku, w którym aktualnie patrzyła moja córka.
Co on tutaj robił do jasnej cholery? Stał pod domem Nat, oparty o swój samochód najwyraźniej na nas czekając. Nie powiem, że nie było mi to na rękę - chciałam spotkanie z Michaelem utrzymać przed nim w tajemnicy, aby znów nie robił problemów i scen.
- Kochanie, nic nie wspominaj o dzisiejszym wypadzie na plażę, dobrze?
- Dlaczego? - spojrzała na mnie pytająco.
- Po prostu, proszę Cię zrób to dla mnie... - urwałam, widząc że jest już blisko nas.
Posłałam mężczyźnie fałszywy uśmiech i pocałowałam go w policzek.
- Co tutaj robisz? - spytałam spoglądając mu w oczy.
- Pomyślałem, że może pojedziemy gdzieś razem - wyszczerzył się - A potem pojedziemy do mnie... - już chciał mnie pocałować, ale odsunęłam się lekko i rzuciłam najpoważniej jak mogłam:
- Eva źle się czuje, wolę zostać z nią w domu - spojrzałam na córkę z nadzieją, że nie wyda mnie przy mężczyźnie.
- Nie może zostać z Twoja przyjaciółką?
- Emilio, to jest moja córka, a nie Natalii.
- Ale zająć się może przecież?
- Dość - warknęłam, powoli tracąc cierpliwość - Zobaczymy się jutro.
- A jak jej nie przejdzie do jutra?
- To sobie poczekasz - przewróciłam oczami - Zadzwonię do Ciebie jutro rano.
- Posłuchaj mnie uważnie - syknął i podszedł do mnie łapiąc mnie za brodę unosząc moją twarz lekko do góry - Nie lubię, jak ktoś robi sobie ze mnie żarty.
- Emilio, to boli - spojrzałam na niego lekko przerażona, próbując zdjąć jego rękę, ale on zamiast tego jeszcze mocniej zacisnął nie pozwalając mi tym samym się ruszyć.
- I prawidłowo, ma boleć - zaśmiał się, a ja poczułam napływające mi do oczu łzy.
- Zostaw mamusię - Eva podeszła i przytuliła się do mojej nogi, również była bliska płaczu - Zostaw.
- Ty się gówniaro nie wtrącaj w sprawy dorosłych.
- Nie mów tak do niej - odepchnęłam go od siebie, czując nagły przypływ siły po tym jak się zwrócił do mojej córki - Nie masz prawa tak do niej mówić.
- A ty nie masz prawa robić ze mnie idioty - rzucił, a ja sama nie wiem czemu poczułam się winna całej sytuacji. Niby to on mnie teraz skrzywdził, jednak miał rację: okłamywałam go, robiłam z niego idiotę, gdyż przecież Eva wcale nie była chora, a nie chciałam po prostu, aby wiedział o spotkaniu z Michaelem.
- Przepraszam - szepnęłam z lekką pokorą w głosie - Jutro się zobaczymy, dobrze?
- Tak lepiej - uśmiechnął się triumfalnie, pocałował mnie krótko i wsiadł do swojego samochodu, odjeżdżając z piskiem opon.
- Mamusiu, dlaczego mu powiedziałaś, że jestem chora? - Eva spojrzała na mnie pytająco, a ja zdałam sobie sprawę jak złych nawyków uczę córkę swoim zachowaniem.
- Emilio byłby zły, że znów jedziemy gdzieś z Michaelem - ukucnęłam przy niej i powiedziałam prawdę, nie chcąc jeszcze jej dodatkowo okłamywać - Oni się zbytnio nie lubią, wiesz?
- A za co go przeprosiłaś? Przecież chciał Ci zrobić krzywdę... - przytuliła się do mnie, a ja byłam już bliska płaczu - On jest zły.
- To nie tak myszko - pocałowałam ją w czółko - Nie musisz się go bać, on nic nam nie zrobi. Obiecaj mi, że nie powiesz nic Michaelowi, o tym zdarzeniu, dobrze?
- Ale...
- Obiecaj - przerwałam jej i spojrzałam na nią stanowczym wzrokiem - Musisz mi obiecać, inaczej koniec z widywaniem się z Mike'm.
- No dobrze... Obiecuję - rzuciła zrezygnowanym głosem.
W momencie, gdy czułam ból fizyczny jaki mi sprawiał Emilio, przypomniał mi się mimowolnie ktoś, kto kiedyś bólem fizycznym ponoć okazywał mi swoją miłość: David. Nigdy nie zapomnę tego związku, jak i uczuć we mnie wtedy się tlących. Nawet Michael gdy dowiedział się o tym, uznał to za chore i nienormalnie. W końcu jak można celowo zadawać ból komuś, kogo się kocha? Chyba byłam już na to skazana, chyba własnie taka miłość była mi pisana. Znalazłam się chyba w krainie, gdzie przemoc jest najbardziej stabilną i wartościową walutą.


Podobno wszystko co się zaczyna, zawsze kiedyś się skończy. Każdy początek ma swój koniec. Chyba tak jest ze wszystkim, kto z nas czegoś w swym życiu nie zaczynał z zapałem, z ekscytacją i wiarą, by potem odczuwać smutek i gorycz końca. I jaki tu sens coś zaczynać ze świadomością nieuniknionego upadku? Jednak pamiętajmy, że unikając porażki, nigdy nie osiągniemy zwycięstwa. Unikając smutku, nigdy nie osiągniemy szczęścia. W życiu trzeba chyba jak najwięcej zaczynać i żyć z wiarą w swoje wybory, a może kiedyś uda się złamać to przywiązanie i miłość, końca do początku.
Wstałem o świcie, gdy Lisa jeszcze spała. Tym sposobem udało mi się rano wymknąć do studia, bez kolejnej kłótni z nią. Czas spędzony na muzyce zleciał mi niespodziewanie szybko. Nie wiadomo kiedy nastało południe, a ja przypominając sobie co to oznacza - mimowolnie się uśmiechnąłem. Pełen energii wybiegłem ze studia i w przebraniu jak za starych, dawnych czasów, pojechałem po Michelle swoim prywatnym samochodem. Gdy zajechałem pod mieszkanie Nat już czekały na mnie na dole.
- Przepraszam za spóźnienie - rzuciłem, gdy wsiadły do samochodu - Zasiedziałem się w studio i...
- Spokojnie, nie musisz się tłumaczyć - posłała mi swój piękny uśmiech - I tak po powrocie z cmentarza musiałam pomóc Natali w kilku rzeczach.
- Mike... - odezwała się Eva z tylnego siedzenia - Wyrosły Ci wąsy? - spytała lekko przerażona, na co razem z Michelle wybuchnęliśmy śmiechem.
- Nie, to tylko przebranie - wydusiłem w końcu z siebie - Żeby nikt nie nie rozpoznał - spojrzałem na nią we wstecznym lusterku.
- Aaaa - zamyśliła się - Ale przed nami nie musisz się ukrywać?
- Już się przyzwyczaiłam do tej zakazanej mordy - rzuciła Michelle na tyle cicho, abym tylko ja ja mógł usłyszeć.
Spojrzała na mnie i zaczęła się śmiać, co i ja również zrobiłem.
- Uwielbiasz to robić, prawda? - spytałem zerkając to na nią, to na drogę.
- Ale że co?
- Dokuczać mi - przygryzłem wargę - Nigdy nie przegapiasz okazji, aby mi dogryźć.
- Zbyt dużą frajdę mi to sprawia, by przegapiać okazje - zaśmiała się - Poza tym lubię, gdy się złościsz.
- A ja lubię, gdy się uśmiechasz - odpowiedziałem, na co spuściła zawstydzona wzrok i skupiła swoją uwagę na widoku za szybą.
Gdy zajechaliśmy na miejsce, od razu można było poczuć przyjemny zapach drzew i kwiatów, które dzięki braku ingerencji człowieka, długim pasem odgradzały plażę od reszty świata.
Zdjąłem z twarzy przebranie, zabierając ze sobą tylko kapelusz oraz parasol, który miał mnie chronić przed palącym słońcem, które dzisiaj było wyjątkowo dokuczliwe. Szum fal był niesamowitą muzyką dla uszu, po wielu godzinach spędzonych w sercu tętniącego życiem miasta. Jak zwykle plaża ta, oddalona od cywilizacji była cudownym schronem przed całym światem zewnętrznym. Pustka i cisza tutaj panująca, zawsze wpływała na mnie kojąco.
Przeszliśmy kawałek brzegiem w milczeniu. Mimo iż ta cisza biła mnie po uszach, czerpałem radość z tego, że była obok. Najpiękniejszym prezentem, który możemy dostać jest człowiek, który jest. Który daje obecność.. Każda miłość zaczyna się od obecności i do obecności się sprowadza. Dlatego też musimy być czujni. Wiedzieć jakich pytań nie zadawać, kiedy milczeć, dotykać, kiedy być, a kiedy zniknąć. Chcę być też przy niej pewny, że będzie dokładnie wtedy i w takim stopniu żebym ją czuł, a jednocześnie za nią tęsknił.
- Mamuś mogę wejść do wody? Chociaż troszeczkę? - podbiegła do nas Eva, która jak zawsze chodziła swoimi ścieżkami.
- Jasne, niedługo do Ciebie dołączę - uśmiechnęła się do córki po czym spojrzała na mnie - A Pan Jackson konik morski da się namówić czy boi się rekinów ?
- Chodź wredoto -złapałem ją za rękę i pociągnąłem za sobą.
Usiedliśmy na piasku pod pobliskim drzewem rosnącym przy wydmach. W cieniu mogłem pozbyć się wszelkich przedmiotów chroniącym mnie przed słońcem. Przez chwilę przyglądałem się dziewczynce bawiącej po kolana w wodzie, po czym spojrzałem na Michelle siedzącą obok mnie i bawiącą się kijkiem w piasku.
- W tym tempie dokopiesz się do Chin - rzuciłem, na co zaśmiała się po czym również na mnie spojrzała.
- Widzę, że naszemu Królowi żarcik się wyostrzył - przygryzła delikatnie wargę - Widzisz, kopanie patykiem jest tańsze niż prywatne samoloty.
- A gdybyś faktycznie mogła się dokopać w jedno miejsce na ziemi, co by to było?
- Na pokład. Chciałabym znów być na pokładzie.
- Pokładzie? - spojrzałem na nią zdziwiony.
- Na statku.
- Jakim statku? - nie kryłem zdziwienia - Czy...
- Tamten rejs... - zaczęła, a ja w końcu zrozumiałem o co jej chodzi - To był najpiękniejszy prezent jaki mogłeś mi dać.
- A pamiętasz, co Ci wtedy obiecałem? - spojrzałem na nią unosząc delikatnie kąciki ust - Obiecałem, że kiedyś znów Cię zabiorę.
- Mike, nawet o tym nie myśl - schowała twarz w dłonie domyślając się już co mi chodzi po głowie - Nie ma mowy.
- Dlaczego? Popłynęlibyśmy we trójkę, razem z Evą.
- Wykluczone.
- Obiecałem, daj mi dotrzymać słowa.
- Co na to Lisa? - spojrzała na mnie dość poważnie, co mnie lekko zbiło z tropu - Nie przyczynię się do rozpadu tego związku. Jeśli jesteś z nią nieszczęśliwy, to sam niszcz tę relację. To Twoje życie i Twoje decyzje, ale ja nie chcę mieć na nie jakiegokolwiek wpływu.
- Za późno - spuściłem wzrok wbijając go w piasek - Od kiedy pojawiłaś się w moim życiu, wszystko robiłem z myślą o Tobie.
-  Ciągłe spotkania nie ułatwią nam mojego późniejszego wyjazdu.
- Nie musisz wyjeżdżać - skwitowałem, patrząc jej prosto w oczy - Przecież...
- Już o tym rozmawialiśmy - przerwała mi - Obiecałam, że zostanę jeszcze trzy tygodnie, a w zasadzie Ty mnie zmusiłeś.
- I wcale tego nie żałuję - uśmiechnąłem się - Już Ci mówiłem, że będę palił wszelkie mosty, żeby Cię zatrzymać.
- Nie zostanę Mike - spojrzała na mnie poważnym, lecz przepełnionym bólem wzrokiem.
- Zaskakujące jak jednym spojrzeniem, jesteś w stanie odebrać mi całą pewność siebie, odwagę i ostudzić wszelki zapał.
- Przepraszam - szepnęła niemal niesłyszalnie, po czym oparła głowę na moim ramieniu - Za wszystko.
- Nie przepraszaj.
- Muszę się chyba wybrać do lekarza.
- Coś się dzieje? - zaniepokoiłem się i spojrzałem na nią niepewnie - O co chodzi?
- Ostatnio miewam częste bóle głowy. Jestem też jakaś zmęczona co do mnie niepodobne.
- Robiłaś badania?
- Mam zamiar - utkwiła wzrok w falach - I tak zapewne moje bóle głowy to nic w porównaniu z tym, co Ty musiałeś przejść po reklamie dla Pepsi.
- Uśmiechniesz się?
- Co? - zerknęła na mnie patrząc jak na wariata.
- Uśmiechnij się - powtórzyłem, a ona niepewnie uniosła lekko kąciki ust - Wiesz co mi powiedziała kiedyś mama, gdy mieszkaliśmy jeszcze w Gary? Że najpiękniejszy jest człowiek uśmiechający się z Twojego powodu. Szczególnie jeśli jest to człowiek, który ukradł Ci chociaż odrobinę wnętrza.
- O kradzież mnie osądzasz? - zaśmialiśmy się - Kradziej!
- Prędzej mi do porywacza, bo jeśli nie zgodzisz się na ten rejs, to będę zmuszony Cię uprowadzić i siłą zapakować na pokład.
- Wariat - walnęła mnie w ramię i spojrzała na biegnąca w naszą stronę Evę. Oczywiście nie mogłem przegapić okazji, aby 'wkopać' Miśkę na dobre z tą podróżą.
- Chodź na chwilę - wyciągnąłem do małej ręce, a ona bez zawahania podeszła do mnie siadając mi na kolanach - Pływałaś kiedyś statkiem?
- Michael! - Michelle warknęła, bo już wiedziała o co mi chodzi, jednak zignorowałem ją całkowicie.
- Nie, nigdy - dziewczynka nie spuszczała ze mnie wzroku - Czemu pytasz, Mike?
- Jeśli chcesz, możemy się wybrać na dwa dni na statek i popływać trochę po oceanie, co ty na to?
- Tak! - rzuciła mi się na szyję, a Michelle próbowała mnie chyba w tym momencie wykastrować wzrokiem - Ale... - nagle Eva oderwała się ode mnie i mówiła lekko przestraszonym głosem - Nie możemy...
- Czemu? - spojrzałem na nią podejrzliwie, bo coś mi nie grało tutaj, ta nagła zmiana decyzji - Eva, kochanie czemu nie możecie?
- Michael, daj jej spokój - rzuciła kobieta, jednak wiedziałem, że ona nie powie mi prawdy, więc wolałem ciągnąć za język Evę.
- Odpowiesz mi? - gdy zobaczyłem jak spogląda na mamę niepewnym wzrokiem, wiedziałem już, że coś jest nie tak. Byłem tego pewien... - Eva...?
- Nie możemy, bo on się może dowiedzieć. Nie chcę, aby zrobił krzywdę mamusi - zeszła z moich kolan i podeszła do Michelle przytulając się do niej mocno.
Myślałem przez chwilę, że się przesłyszałem. Nie trudno było się domyśleć, o kim mówiła dziewczynka. Jednak jaka krzywda? Musiało się coś dziać, skoro dziecko było przerażone do tego stopnia.
- Michelle? - postanowiłem spróbować coś z niej wyciągnąć - Chcesz mi o czymś powiedzieć?
- Eva przesadza - spuściła wzrok gładząc córkę po włosach - Mieliśmy iść się kąpać - zmieniła temat, jednak nie pozwoliłem się zbyć tak łatwo.
- Zrobił Ci coś? - rzuciłem poważnym tonem, nieświadomie zaciskając dłoń w pięść - Zabronił Ci się ze mną widywać, tak?
- To nie tak...
- Więc jak?
- Michel to moja sprawa - syknęła i wstała z piasku, jednak szybko znalazłem się obok niej tarasując jej drogę - Mike, odejdź.
- Najpierw mi powiesz, o czym mówiła Eva.
- Pokłóciłam się z nim dzisiaj.
- Tyle? - zaśmiałem się kpiąco - I dlatego Twoja córka jest tak przestraszona?
- Złapał mnie za ramię, trochę mną potrząsnął i się przestraszyła. To wszystko, nic mi nie zrobił, więc daj mi już święty spokój.
- Nie okłamujesz mnie?
- Nie - uniosła lekko kąciki ust i ruszyła przed siebie w kierunku oceanu.
Nim zdążyłem się poruszyć, usłyszałem tylko śmiech Evy i jej krzyk "Michael Berek!". Wiedząc już o co jej chodzi, ruszyłem za nią śmiejąc się i wygłupiając co najmniej jakbym był w jej wieku.

Ganialiśmy się po całej plaży, a Michelle miała z nas niezły ubaw. 
Mimo zabawy, która dawała mi mnóstwo radości - nie zapomniałem o słowach Evy. Nie wierzyłem Michelle, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Chciałem jej szczęścia. Aby była z kimś, kto będzie naj­lep­szym tatą na świecie dla jej dzieci. Lecz nie tym od za­rabiania pieniędzy, by rodzi­nie wiodło się le­piej, by było ją stać na naj­lep­sze ub­ranka i za­baw­ki. Po to, by był zaw­sze: przy szcze­pieniu, na spa­cerach, kiedy dziec­ko zacznie chodzić, gdy pier­wszy raz będzie wy­jeżdżać na ko­lonie. Bo to ta­kie ważne... By po prostu tworzyć rodzinę.



Przyglądałam się tym dwóm wariatom, uśmiechając do siebie pod nosem. Ciekawe, czy Mike jest świadomy, jak wiele wniósł do mojego życia? Jak wiele mnie nauczył? Jak bardzo zmienił moje życie, moje uczucia, poglądy? Jak wiele wciąż mi daje?
Reszta dnia na plaży minęła nieubłaganie szybko. Większość drogi powrotnej spędziliśmy w ciszy. Eva widocznie zmęczona całym dniem przymykała oczka na tylnym siedzeniu, zaś ja siedziałam zapatrzona w migający obraz za szybą.
- Masz plany na jutro? - z rozmyśleń wyrwał mnie Mike - Do południa jestem w studio, ale potem pomyślałem że może...
- Nie mogę - przerwałam mu, nie dając nawet dokończyć zdania - Jutro popołudniu jestem już umówiona.
- Z Emilio? - zaśmiał się kpiąco, ale zignorowałam jego ton.
- Owszem, chyba nie takie dziwne, skoro jesteśmy razem.
- Tak udawanego związku dawno nie widziałem.
- Masz racje, przebijasz nas tylko Ty z Lisą - odgryzłam się - Proszę nie zaczynaj już, jak nie chcesz się na koniec pokłócić.
- Nie myśl, że uwierzyłem w tę bajkę co mi sprzedałaś na plaży. Dowiem się, co ten gnój Ci zrobił.
- Zamknij się - syknęłam, nie chcąc zaczynać tematu przy małej, aby nie pogrążyła mnie jeszcze bardziej - Nie Twój zasrany interes.
Znów się zaśmiał pod nosem, ale nic nie odpowiedział. Nie odzywaliśmy się już do siebie aż do końca podróży. Gdy zaparkował pod domem Nat, spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi oczami i rzucił ze skruchą w głosie:
- Michelle, przepraszam... Po prostu się martwię i...
- Nie szkodzi - posłałam mu fałszywy uśmiech - Niepotrzebnie się martwisz.
- A co z rejsem? - przygryzł delikatnie wargę po czym sie wyszczerzył głupkowato - Wiesz, że Ci nie odpuszczę.
- Daj mi się zastanowić, ok? - również się uśmiechnęłam, po czym dałam mu buziaka w policzek i rzuciłam wychodząc z samochodu - Żegnaj.
- Nie żegnaj, tylko do zobaczenia - poprawił mnie, na co skinęłam tylko głową, po czym pomogłam wysiąść mojej córce z samochodu.
Gdy weszłyśmy do mieszkania poczułam wyraźną ulgę. Cały ten dzień, od samego rana był dla mnie ciężki. Po wykonaniu kilku rutynowych czynności, gdy w końcu położyłam Evę do łóżka, poszłam do salonu, gdzie siedziała przed TV Natalia, oglądająca znów jakieś badziewia. Ubrana w luźny dres, w końcu usiadłam na kanapie obok przyjaciółki, mogąc się całkowicie zrelaksować.
- Masz - Nat podała mi pudełko ze słodyczami, którymi oczywiście nie pogardziłam - Masz minę zbitego psa.
- Bo tak się właśnie czuję - odpowiedziałam, gryząc kawałek ciasta - Mam dość facetów. Emilio i Michaela tak samo.
- Ja Ci mówiłam, sama się wkopałaś kochana - pogroziła mi palcem i znów utkwiła wzrok w telewizorze.
- Mogę mieć do Ciebie prośbę? - spytałam niepewnie.
- Jasne, co jest?
- Zajęłabyś się jutro Evą? Popołudniu Emilio chciał się spotkać a...
- A on zapewne nie chce widzieć Evy - zaśmiała się - Ja nie wiem po co ty ciągniesz tę gierkę z tym idiotom.
- Zaopiekujesz się nią? - ponowiłam pytanie, lekko oburzona jej kolejnymi wywodami - Popołudniu...
- Powiem Ci tak - przerwała mi - Tom znów wyjechał na kilka dni. Mam teraz urlop w pracy, więc z chęcią zajmę się małą - uśmiechnęła się - Wezmę ją rano na zakupy, potem pójdziemy do kina i do zoo. A Ty masz prócz wizyty z tym palantem zrobić coś w końcu dla siebie.
- Dla siebie? To znaczy?
- No nie wiem... Żyj po prostu! Od sześciu lat siedzisz w domu, nie masz nikogo poza Evą... Jakaś adrenalinka, małe wyzwanie czy po prostu odpoczynek z samą sobą dobrze Ci zrobi.
- Wiesz co... - zamyśliłam się i uśmiechnęłam sama do siebie - Chyba nawet mam pewien pomysł.
- No i właśnie! Dobra, ja idę się wykąpać. Nie zjedz tylko wszystkich ciastek, bo będziesz szersza niż wyższa - puściła mi oczko i wyszła z salonu, zostawiając mnie samą.
Przeanalizowałam jeszcze kilkakrotnie swój pomysł. Skoro mam coś zrobić dla siebie, to w sumie czemu nie pójść na całość? Nat miała rację - od dawna, nie robiłam nic z myślą po prostu o sobie. Przydałaby mi się chwila adrenalinki, bycia tylko z swoimi myślami. W końcu chwyciłam komórkę i wykręciłam numer Maxa, który odebrał jak zawsze bardzo szybko.
- Miśka! - rzucił radośnie do słuchawki - A cóż to? Znów planujesz wpaść do mnie z Evą i Michaelem na teren?
- Nie, dzwonię w innej sprawie - przygryzłam nerwowo wargę - Masz jeszcze ten swój motor?
- Pewnie że mam. To moja perełka, ostatnio dawałem go do kapitalnego remontu, chodzi jak złoto - zamyślił się - A czemu pytasz?
- Zechciałbyś mi jutro z rana go wypożyczyć na kilka godzin?
- Jaja sobie ze mnie robisz? - zaśmiał się - Nigdy w życiu nie poznałem bardziej nienormalnej i powalonej osoby od Ciebie, zapomnij!
- No weź - próbowałam udawać obrażony ton, ale w rezultacie zaczęłam się śmiać z jego słów - Chcę w końcu się rozerwać, nie możesz tego dla mnie zrobić?
- Rozerwać czy zabić? Kobieto Ty samochodem łamiesz każdy możliwy przepis, a ta maszyna się rozpędza w...
- Dobra no! - przerwałam mu krzycząc do słuchawki - Baaaaardzo proszę! Tylko na kilka godzin. Oddam przed południem w nienaruszonym stanie.
- Natalia wie?
- No coś ty - przewróciłam oczami - Uznałaby że jestem nienormalna. Powiem jej po fakcie.
- Dobra, przyjedź jutro rano i pogadamy.
- Tak! Kocham Cię braciszku - cmoknęłam mu do słuchawki na co się zaśmiał - Zawsze marzyłam, aby mieć takie rodzeństwo jak Ty i Nat.
- Dlatego zadbaj o to, aby Eva takie miała.
- Na pewno nie pozwolę, aby była jedynaczką, tak samo jak ja.
- No to do jutra blond paskudo. Szykuj się, że jutro nim dostaniesz moje maleństwo to zrobię Ci porządne kazanie.
- Tak jest cowboy'u  - zaśmialiśmy się - W takim razie do jutra. Dobranoc.
- Dobranoc - rozłączyłam się.
Szczęśliwa wyszłam z salonu i udałam się do pokoju Evy. Weszłam cichutko skradając się do łóżeczka, gdzie spała już moja córeczka. Usiadłam na skraju i pochyliłam się nad dziewczynką, składając na jej policzku drobny pocałunek. Nakryłam mocniej kołdrą i siedziałam tak jeszcze chwilę, zapatrzona w jedyną istotę na ziemi, która była moja. W każdym tego słowa znaczeniu. Była jedyną osobą, od której miałam gwarancję wiecznej i czystej miłości.
Pamiętam jak moja mama mi powtarzała, że nigdy nie należy wychowywać dziecka tak, aby było bogate. Trzeba wychowywać je tak, aby było szczęśliwe. Bezwarunkowo szczęśliwe. A czemu? Bo aby kiedy dorośnie, znało wartość rzeczy, a nie ich cenę.

***
Komentarz = to motywuje!

~~~~~

„Serce czyste, troskliwe i uczuciem mocne jak opoka, 
między dwojgiem ludzi, 
i nigdy na pokaz.”

piątek, 26 lutego 2016

Rozdział 11

No i się doczekaliście kolejnego rozdziału ;3
Jestem z niego średnio zadowolona... No ale wiadomo, końcowa ocena należy do was:)
Powiem wam, że szykują mi się 'ciekawe' wakacje. Możliwe, że będą one oznaczać lekką zmianę na blogu, chodzi mi o częstotliwość dodawania rozdziałów, no ale to się okaże wszystko niedługo już i na pewno was poinformuję z czasem o wszystkim.

Zapraszam teraz do czytania kolejnego rozdziału. Anonimki zapraszam do ujawniania się, pamiętajcie, że jeśli czytacie to warto zostawić po sobie jakiś ślad - to duża motywacja dla autora:)))

~~~~~


Boimy się pokazywać uczucia. Pozujemy na twardzieli, aby inni się z nami liczyli, aby czuli przed nami respekt i nie podskakiwali. Boimy się, że nas wyśmieją, wyszydzą, nie ufamy nikomu z założenia. Okazuje się jednak, że każdy z nas, w środku i tak marzy o przyjaźni, miłości i serdeczności. Uda­jesz, że jest wszys­tko dob­rze. Cie­szysz się, na­wet naj­bliżsi nie wiedzą co no­sisz na bar­kach. Wie­czo­rem, gdy kładziesz się spać, za­mykasz oczy i marzysz, marzysz jak małe bez­bron­ne dziec­ko. Widzisz swoją szczęśliwą przyszłość, próbu­jesz odep­chnąć złe sy­tuac­je, i za­pobiegasz im w swoim noc­nym świecie. Po­tem, nad­chodzi czas roz­myśleń, mówisz do siebie w myślach, to, co chciałbyś po­wie­dzieć ukocha­nej oso­bie, to co jest Twoim brze­mieniem, to cze­go nie umiesz po­wie­dzieć ni­komu in­ne­mu. W końcu za­sypiasz. Nas­ta­je dzień, ludzie znów cze­goś od Ciebie chcą, znów o coś proszą. Miłość do niego była jak pa­pieros: tok­syczna, uza­leżniająca i po­woli zabijała. Na­wet nie wie­działam , ze oszu­kiwa­nie że jes­tem szcześli­wa jest ta­kie pros­te. I ludzie wierzą w to jak w re­ligie.
Obudził mnie dźwięk mojej komórki. Otworzyłam wciąż zaspane oczy i podniosłam się delikatnie podpierając na łokciach. Spojrzałam na śpiącego obok mnie Emilo, a następnie na szafkę nocną, gdzie leżała komórka.
- Halo...? - rzuciłam niechętnie do słuchawki.
- No w końcu! Gdzie Ty do diabła jesteś? Zostałyście w Neverlandzie u Mike'a? - no tak, zapomniałam poinformować Natalię, że nie wrócimy na noc.
- Nie... Odebrał nas stamtąd Emilio. Prosił abyśmy z Evą zostały u niego i tak jakoś...
- Że co?! - krzyknęła tak, że aż odsunęłam lekko urządzenie od ucha - Ja tutaj już się cieszyłam, że ty z Jacksonem siedzisz w Neverlandzie od wczoraj, a Ty mi mówisz, że siedzisz u tego patafiana?
- Będziemy przed obiadem - obiecałam i spojrzałam na mężczyznę, który zaczął się powoli budzić - Muszę kończyć, widzimy się niedługo - rozłączyłam się.
- Kto to był? - spojrzał na mnie i przybliżył się, całując moje ramię.
- Natalia. Zapomniałam jej wczoraj zadzwonić, że nie wrócimy na noc. 
- A może chcecie tutaj zostać na stałe? - przygryzł lekko wargę - Mam o wiele większe mieszkanie od niej, przecież...
- Nie - przerwałam mu - To za wcześnie. Poza tym nie chcę ciągać Evy co chwila w inne miejsce.
- I dlatego jeździcie do Neverlandu?
- Znów chcesz się o to kłócić? - spojrzałam na niego i z rezygnacją opadłam na poduszki - Dobrze wiesz, że nic mnie z nim nie łączy. Eva polubiła Neverland i polubiła Michaela, to nic złego przecież. 
- W okolicy są inne parki rozrywki - syknął - Dobrze wiem o co mu chodzi.
- On ma Lisę, są razem szczęśliwi, więc nie masz się o co martwić - skłamałam.
Nie chciałam aby ciągnął ten temat. Nie mogłam mu przecież powiedzieć, że Michael wcale nie kocha Lisy, że chce być ze mną, abym mieszkała w Neverlandzie, a tym bardziej tego: że ja również tego chciałam. Emilio był moją jedyną szansą, na uwolnienie się od przeszłości. Mimo iż nie kochałam go - spróbuję. W końcu musi mi przejść uczucie do Jacksona, w końcu stara miłość musi ustąpić nowemu uczuciu, które muszę za wszelką cenę stworzyć, sprowokować. 
- Mimo wszystko nie chcę, abyś się z nim widywała.
- A co to koncert życzeń? - warknęłam - Nikt nie będzie mi mówił co mam robić - już chciałam wstać, ale złapał mnie w ostatniej chwili nie pozwalając wyjść z łóżka.
- Jesteśmy razem, a to do czegoś zobowiązuje.
- Mam być psem na smyczy? Chodzić przy nodze i wykonywać komendy?
- Nie to miałem na myśli - usiadł na łóżku obejmując mnie delikatnie - Postaraj się mnie zrozumieć.
Pocałował mnie we włosy, a ja odetchnęłam głęboko. Może faktycznie potrzebowałam kogoś, kto mnie odizoluje od Michaela? Sama nie byłam na tyle silna, aby trzymać się od niego z daleka. Nagle do sypialni wbiegła moja kochana córeczka. Miała wciąż zaspane oczka, rozczochrane włoski i pogiętą piżamkę.
- Mogę? - zapytała patrząc jakby z lekką obawą na Emilia. Nie czekałam na jego odpowiedź, tylko poklepałam miejsca na łóżku dając małej znak, aby przyszła do nas. Wgramoliła się i przytuliła do mnie z całej siły. Mężczyzna wyraźnie niezadowolony, że moja uwaga jest skupiona na czymś innym wstał i wyszedł z pomieszczenia trzaskając drzwiami.

Nie rozumiałam jego zachowania... Przecież wiedział, że mam dziecko i że Eva jest dla mnie najważniejsza. Zachowywał się tak, jakby stwarzała dla niego jakiś problem, była przeszkodą i utrudnieniem.
Dziewczynka spojrzała na mnie niepewnie i rzuciła smutnym głosikiem.
- Emilio mnie nie lubi? - zaszkliły się jej oczka.
- Kochanie, oczywiście że Cię lubi - pogłaskałam ją po włoskach - Ma dzisiaj zły dzień.
- Ale on zawsze taki jest... Nie rozmawia ze mną, nie chce się bawić... Nawet na mnie nie patrzy - spuściła wzrok - Michael mnie lubił, mówił że jestem śliczna i że mnie bardzo kocha - przełknęłam ślinę szukając odpowiednich słów.
- Kochanie, Emilio ma trochę inny charakter niż Mike.
- A mój tatuś był taki niedobry jak Emilio, czy taki kochany jak Michael? - spojrzała na mnie z nadzieją w oczach, a ja poczułam ukłucie w sercu, nie wiedząc co odpowiedzieć.
- Twój tatuś był najlepszy na świecie - odparłam uśmiechając się smutno i całując małą w główkę - A teraz idź się umyć i ubrać. Przyjdź na śniadanie, a potem jedziemy do Natali.
- Dobrze... Mamuś? - rzuciła jeszcze będąc już blisko drzwi.
- Tak kochanie?
- Jeśli nie mogę jeździć do Michaela, a mam siedzieć u Emilio... To ja jednak chyba chcę wrócić do Londynu - odparła jak na nią przerażająco poważnym tonem.
Wyszła z pokoju, a ja schowałam twarz w dłoniach, podciągając kolana pod brodę i pozwoliłam wypłynąć gromadzącym się łzom. Co ja najlepszego zrobiłam?



Siedziałem na kanapie przerzucając kanały w telewizorze. Dobiegała osiemnasta, a Diana miała być już godzinę temu. Dzwoniłem do niej dzisiaj i poprosiłem o spotkanie. Była jedną z niewielu osób, którym naprawdę ufałem i mogłem porozmawiać na prywatne, często trudne tematy. Ostatnie dni przyniosły mi wiele zmian, zacząłem się gubić we własnych uczuciach, sam powoli nie wiedząc czy postępuję słusznie.
Dzisiejszego wieczoru również miała już wrócić Lisa. Dzwoniłem do niej kilkakrotnie, lecz bez większego skutku. To ciągłe czekanie mnie dobijało, a walka z myślami wykańczała psychicznie i fizycznie.
W końcu usłyszałem głos mojej przyjaciółki, która rozmawiała z jednym z ochroniarzy. Wyszedłem na hol, gdzie zastałem ich śmiejących się, zapewne z jakiś głupot.
- W końcu jesteś - uśmiechnąłem się i podszedłem do niej mocno ściskając na powitanie - Jak zawsze spóźniona.
- Oj nie marudź już - zaśmiała się - Kobieta w końcu jestem, nie? Mam prawo do spóźnienia.
- Dziękuję, że przyjechałaś - uniosłem lekko kąciki ust, zdobywając się na smutny uśmiech - Chodźmy do salonu. Napijesz się czegoś?
- Nie, dziękuję. Lepiej ty mi się tutaj spowiadaj co takiego się dzieje u mojego Piotrusia Pana, bo nie wyglądasz na oazę szczęścia.
- Aż tak widać? - usiedliśmy na kanapie przy rozpalonym kominku - Ostatnio trochę się pogubiłem...
- Nic nowego - zaśmiała się - Ale tutaj chyba chodzi o jakąś poważniejszą sprawę. Coś z Lisą? Ja Ci od początku powtarzałam, że do niczego dobrego ten związek nie doprowadzi.
- Nie, nie o nią - spuściłem wzrok - Chociaż też... Nie... Znaczy... - zakryłem twarz dłońmi, czując jak plątam się we własnych słowach.
- Spokojnie - objęła mnie niczym matka i przytuliła do siebie - A teraz głęboki wdech i opowiadaj od początku.
Jak poprosiła - tak zrobiłem. Już sześć lat temu, po odejściu Michelle, Diana dużo mnie wspierała w tych trudnych dla mnie chwilach. Dobrze wiedziała, jakie uczucie nas łączyło, jak bardzo zakochany byłem i jak bardzo przeżywałem jej odejście. Gdy powiedziałem przyjaciółce o tym, że wróciła - spojrzała na mnie z niedowierzaniem, ale i nadzieją i iskrą w oku. Powiedziałem jej o Evie, o tym jak Michelle mnie zostawiła dla innego - oraz o tym, że jest teraz z Emilio, którego Diana również dobrze znała. Nie pominąłem szczegółów, jak wykorzystuję każdą sytuację do spotkania, oraz o pocałunku na wystawie. 
- A więc odjeżdża za 3 tygodnie? - spytała, aby się upewnić.
- Tak, przynajmniej tak mi powiedziała. Zaszantażowałem ją z tymi lekami.
- I dobrze, może chociaż ona Ci coś wtłucze do tego pustego łba, bo ja już tracę powoli cierpliwość - spojrzała na mnie i się uśmiechnęła - Co masz zamiar teraz zrobić?
- Właśnie Ciebie chciałem o to zapytać - przygryzłem delikatnie wargę - Nie mam pojęcia. Rozum mówi abym odpuścił po tym co mi zrobiła, ale gdy tylko o niej myślę... Gdy jest obok to wtedy...
- Kiedy gąsienica myślała już, że świat się skończył, stała się motylem - zarecytowała, głaszcząc mnie po policzku.
- A Ty co byś zrobiła, Diano? 
- Walczyła. Zawsze lepiej jest żałować, że się czegoś spróbowało niż, że nie mieliśmy dość odwagi by zaryzykować.
- Ja już nie mam siły... Powiedziałem jej wprost, że ją kocham, że związek z Lisą to fikcja, a ona...
- I powtarzaj jej to. Powtarzaj cały czas, że ją kochasz. Mike... Ludzie zapominają, nie pozwól jej zapomnieć - pogłaskała mnie po włosach- Ona po prostu się broni. To jej forma obrony, dlatego Cię unika i odtrąca, ale również jest tylko człowiekiem. Złamie się, w końcu się złamie. Uczucia nie znikają tylko dlatego, że wszystko skończone. Upewniaj ją codziennie i nie dawaj choć chwili zwątpienia. Jeśli ukochana osoba sprawia Ci cierpienie, to dlatego, że cierpi ona głęboko w sobie, a cierpienie tej osoby jest "przelaniem się wody." Osoba ta nie potrzebuje kary, ale potrzebuje pomocy. To jest wiadomość jaką wysyła.
- Co jest gorsze: samotność czy odrzucenie? - spytałem, patrząc jej prosto w oczy.
- Odrzucenie, dlatego zbyt wielu wybiera samotność.
- Dziękuję - szepnąłem niemal niesłyszalnie i oparłem głowę na jej ramieniu.
- A ta mała... - rzuciła nagle - Ta cała Eva... Ile ona ma lat?
- Pięć - rzuciłem bez zastanowienia - Dlaczego pytasz?
- Nie myślałeś o tym, że może...
- Nie - przerwałem jej - Jeśli masz zamiar tak samo jak Janet insynuować, że może być moją córką to powtórzę Ci to samo co mojej siostrze: Michelle powiedziała, że wyjechała bo poznała innego. Z nim zaszła w ciążę i potem ją zostawił. Nie okłamałaby mnie w takiej sprawie, jeśli mówi że Eva nie jest moim dzieckiem, to ja jej wierzę.
- Rozumiem - odparła z rezygnacją - Jednak widząc po tym, jak bardzo wciąż was do siebie ciągnie, to coś mi nie pasuje ta historia z zostawieniem Ciebie dla jakiegoś innego kolesia.
- Straciła wtedy rodziców... Pogubiła się pewnie po prostu i...
- Prawda wcześniej czy później wyjdzie na jaw. Zobaczysz Mike, że jeśli coś jest wam pisane to wydarzy się. Musisz tylko cierpliwie poczekać.
Rozmowa z Dianą uświadomiła mi, że próbować odejść od czegoś co kochasz, to jak próbować utonąć. Chcesz tego, ale to wbrew naturze nie pragnąć powietrza. Twoje ciało się go domaga, twój umysł mówi, że go potrzebujesz. Ostatecznie przebijasz się na powierzchnię, dysząc i nie mogąc sobie odmówić podstawowej potrzeby powietrza. Miłości. Dzikiej namiętności.


Po odjeździe Diany, jeszcze długo biłem się z myślami. Chodziłem po rezydencji bez celu, jakbym szukał swojego miejsca, które złagodzi ból. Poszedłem do łazienki i stanąłem przed szafką, której zawartość była dla mnie wewnętrzną porażką. Otworzyłem drzwiczki i wyjąłem jedno z opakowań i obróciłem kilkakrotnie w ręku. 'Obiecałem jej', pomyślałem. Miałem przestać je brać w zamian za jej dłuższy pobyt w LA. Nie wytrzymując wycisnąłem trzy pastylki i połknąłem je czując, jak przechodzą mi przez gardło. Ból fizyczny był niczym w porównaniu z tym co czułem w środku.
Usiadłem w końcu na łóżku w sypialni i spojrzałem na zegar, który wskazywał 22:30. Było późno, jednak może jeszcze nie spała? Po raz kolejny przegrywając walkę sam ze sobą, chwyciłem za telefon i wybrałem jej numer. Odebrała po czwartym sygnale.
- Halo? - usłyszałem w słuchawce jej melodyjny głos.
- Przepraszam, że dzwonię o tej godzinie...
- Mike? - rzuciła lekko spanikowanym głosem - Coś się stało? Wszystko dobrze?
- Tak, chyba tak - zaśmiałem się smutno - Chciałem po prostu znów Cię usłyszeć.
- Nie ułatwiasz nam tego.
- Nie chcę ułatwiać - wziąłem głęboki oddech - Zobaczymy się jutro?
- To nie jest najlepszy pomysł Mike...
- Emilio Ci zabronił? - zaśmiałem się kpiąco.
- Nikt mi nie dyktuje warunków, nawet on.
- W takim razie widzimy się o szesnastej. Przyjadę po Ciebie jak tylko skończę pracę w studio.
- Co ty znowu kombinujesz? - spytała lekko rozbawiona - Mówiłam Ci już, że...
- Będę o szesnastej - przerwałem jej, chcąc dać do zrozumienia, że nie wygra tej rozmowy.
- Nie chcę znów zostawiać Evy, na głowie Natali.
- Ale kto każe zostawiać? Eva jedzie z nami.
- Jesteś uparty jak osioł - zaśmiała się - Rano pójdę na cmentarz do rodziców, postaram się być gotowa na szesnastą.
- Będę czekał - uniosłem lekko kąciki ust na myśl, że znów ją zobaczę - Weź ze sobą strój kąpielowy.
- Strój...? Czy my jedziemy...?
- Owszem. Jedziemy na naszą plażę - byłem prawie pewny, że się uśmiecha - W takim razie do jutra Panno Evans. Życzę miłej nocy.
- Tobie również Panie Jackson.
- Byłaby lepsza, gdybyś była obok - zagryzłem wargę - Znacznie lepsza.
- Ty już nie myśl za dużo, bo Ci jeszcze tak zostanie - zaśmialiśmy się - Dobranoc wariacie. I pamiętaj co mi obiecałeś: bez prochów.
- Pamiętam - spojrzałem w stronę łazienki, karcąc siebie w duchu - Dobranoc - rozłączyłem się.
Nie minęła chwila, gdy usłyszałem jakieś krzyki na dole. Odłożyłem telefon i ruszyłem schodami do kuchni, skąd dobiegała rozmowa. Zobaczyłem naszą gosposię i Lisę, która krzyczała do niej i wymachiwała torebką.
- Co się tutaj dzieje? - wkroczyłem patrząc na kobiety - Dlaczego nie odbierałaś, gdy dzwoniłem? - spojrzałem na Lisę.
- Za dużo miałam na głowie, wybacz - podeszła i cmoknęła mnie delikatnie - A z Tobą nie skończyłam - rzuciła do gosposi i skierowała się w stronę gabinetu.
Gdy tylko zniknęła za drzwiami, spojrzałem na wystraszoną kobietę, która spuściła wzrok.
- O co poszło? - podszedłem do niej - Czemu na Ciebie krzyczała?
- Panienka Presley była zła, że nie przygotowałam jej żadnej kolacji... Ale ja naprawdę nie wiedziałam, że dzisiaj wraca i...
- Spokojnie - przytuliłem ją delikatnie - Nie Twoja wina, nic się nie stało.
- Przepraszam - rzuciła ze skruchą, jakby się bała, że i ja na nią nakrzyczę.
- Nic się nie stało. Porozmawiam z nią sobie.
- Proszę nie... Nie chcę, abyście się przeze mnie kłócili.
- Idź do siebie - posłałem kobiecie słaby uśmiech i ruszyłem w kierunku gabinetu, gdzie była Lisa.
- Możesz mi powiedzieć, co Ty najlepszego wyprawiasz? -warknąłem podchodząc do siedzącej na kanapie kobiety - Nie dość, że mnie olewasz, nie odbierasz moich telefonów, nie raczyłaś nawet napisać wiadomości a teraz co? Wracasz do domu i masz pretensje, że nikt Ci nie przygotował przyjęcia powitalnego?
- Zejdź ze mnie, dobra? Jestem zmęczona po podróży. Myślałam, że miło spędzimy wieczór, a Ty najwyraźniej wolisz się kłócić?
- O miło spędzonym wieczorze myślałaś, ale żeby odezwać się choć raz, to już nie?
- A od kiedy Tobie się na czułości zebrało? - syknęła wstając i podchodząc bliżej mnie - Jakoś wcześniej nie miałeś z tym problemów? A co? Może przez tą młodą siksę Ci się na miłości zebrało teraz?
- Nie mieszaj jej do tego - nie spuszczałem z niej wzroku - Sama wiesz, że to co jest między mną a Tobą...
- To co? - przerwała mi - Wybacz, ale nie jestem jak ta gówniara.
- A wielka szkoda - rzuciłem śmiejąc się kpiąco.
Nie czekałem na jej kolejną odpowiedź, tylko wyszedłem z gabinetu trzaskając drzwiami. Poszedłem do łazienki wziąć zimny prysznic. Gdy wszedłem do sypialni, Lisa już spała. Położyłem się obok niej i wypuściłem powietrze z ust. Leżałem tak na plecach z wzrokiem wbitym w sufit, nie mogąc sprowokować snu. W końcu nie mogąc tak dłużej wyleżeć wstałem, ubrałem się w ciuchy leżące na krześle i wyszedłem z sypialni, kierując się w stronę wyjścia z domu.
Było po drugiej w nocy. Nie zadbałem nawet o jakiekolwiek przebranie, gdyż wiedziałem, że tamte okolice o tej porze będą puste. Pod domem Nat byłem po piętnastu minutach. Wyszedłem z pojazdu i spojrzałem na okno sypialni, gdzie spała Michelle. W żadnym z okien nie paliło się światło, więc zapewne wszyscy spali. Rozejrzałem się i dopiero po chwili dotarło do mnie, że schody przeciwpożarowe zakręcają bardzo blisko balkonu od sypialni Michelle. Niewiele myśląc ruszyłem do góry, starając się zrobić przy tym jak najmniej hałasu. Będąc na odpowiedniej wysokości stanąłem na barierce i zeskoczyłem w ostatniej chwili łapiąc się za poręcz balkonu. No bo po co było iść normalnie schodami do drzwi i nimi wejść, nie?
Stanąłem przed dużymi, szklanymi drzwiami i zapukałem niepewnie odgarniając kosmyk włosów za ucho. Cisza. Ponowiłem czynność tym razem mocniej i dłużej. Usłyszałem od środka jakieś szmery, więc ponownie zapukałem, gdy w końcu zasłona się odsunęła, a za szkłem zobaczyłem jej niewyraźny zarys. Uśmiechnąłem się słabo, zaś kobieta zmierzyła mnie wzrokiem, jakby zobaczyła ducha.
- Wpuścisz mnie? - zaśmiałem się przygryzając wargę i chowając dłonie do kieszeni spodni. W końcu otworzyła drzwi i gdy wszedłem do środka spytała ściszonym głosem:
- Czy Ty wiesz która godzina? Wszyscy śpią, co Ty tutaj robisz? Jak w ogóle tutaj wszedłeś? - spojrzała w stronę balkonu i znów na mnie - Jest wariatem.
- To tak się ze mną witasz? - wyszczerzyłem się głupkowato po czym podeszła i przytuliła się do mnie z całych sił.
Staliśmy tak chwilę w milczeniu. Docisnąłem ją mocniej do siebie i schowałem twarz w jej włosach, napawając się jej zapachem. W końcu oderwała się ode mnie i spojrzała mi prosto w oczy.
- Nie mogłeś wejść schodami? - uśmiechnęła się - Dla Ciebie to by było za proste, nie?
- Normalne wejścia są dla amatorów - zaśmiałem się - Nie przeszkadzam?
- O prawie trzeciej w nocy? Nie no coś Ty, przecież to normalna godzina na odwiedziny przez balkon - przewróciła oczami i usiadła na skraju łóżka, co też uczyniłem zajmując miejsce obok niej - Dlaczego przyjechałeś?
- Chciałem Cię zobaczyć.
- Przecież jutro, a w zasadzie już dzisiaj mieliśmy się widzieć... Plaża, zapomniałeś?
- Nie chciałem czekać - pocałowałem ją w ramię przymykając oczy - Nie mogłem zasnąć.
- Więc postanowiłeś, że i mnie nie pozwolisz się wyspać? - zaśmialiśmy się - Jesteś wariatem.
- I to we mnie uwielbiasz - popchnąłem ją do tyłu tak, że opadła na łóżko plecami.
Zawisłem nad nią opierając się jedną ręką na łokciu, a drugą pogładziłem jej policzek, mierząc twarz wzrokiem. Znów byliśmy niebezpiecznie blisko. Znów mogłem poczuć na sobie jej oddech, usłyszeć bicie serca, które zaczęło walić nienaturalnym rytmem.
- Mike, zejdź... Proszę... - znów chciała stworzyć barierę, ale nie pozwoliłem jej.
Splotłem jej palce ze swoimi i złożyłem na jej policzku pocałunek. Nie odrywając twarzy zjechałem na szyję, czując jak jej ciało zaczyna drżeć w każdym momencie, gdy dotykałem wargami jej rozgrzanej skóry. Przygryzłem ją delikatnie zębami, delikatnie zaciągając, na co odpowiedziała mi cichym jękiem. Rozłączyłem nasze dłonie po czym zjechałem nimi na biodra kobiety, podwijając delikatnie jej koszulę nocną. Czułem jak wplątuje palce w moje włosy, jakby chciała mieć pewność, że nie przestanę. Przejechałem ręką po jej żebrach, cały czas molestując wargami jej szyję. Mruczała cicho do mojego ucha, a ja nie mogłem powstrzymać się czując wibracje bijące od jej ciała.
- Mike... Nie... - wydusiła nagle kładąc dłonie na moim torsie, próbując mnie od siebie odsunąć - Proszę, nie rób tego...
Niechętnie oderwałem się od niej nie chcąc zmuszać ją do czegokolwiek. Pragnąłem jej, jednak nie mogłem nalegać na coś takiego, kiedy wyrażała sprzeciw. Jednakże jaki to sprzeciw, gdy jej ciało mówi coś całkiem innego niż słowa?
- Przepraszam... - szepnęła po czym wstała i przytuliła się do mnie - Ja...
- Rozumiem - przerwałem jej zaciskając mocniej oczy.
- Idź już lepiej. Rano musisz jechać do studia - spojrzała na mnie i ostatni raz uwiesiła się na mojej szyi.
Złożyłem na jej czole czuły pocałunek i wyszedłem z mieszkania, tym razem normalnie drzwiami. Wsiadając do auta przygryzłem wargę i uśmiechnąłem się sam do siebie. Kiedy się poznaliśmy, wiedziałem, że już nigdy do nikogo nie będę należał. Miałem wrażenie, że w jednej chwili ustał ból, który odczuwałem przez te wszystkie lata, i że dostałem odpowiedź na wszystkie moje pytania: na temat miłości, seksu, wierności i przygód na jedną noc. Ponieważ po drodze do piekła, odnalazłem cząstkę raju. 

***

Komentarz = to motywuje!

~~~~~

"Ludzie często mówią, 
że najlepszy sposób uporania się ze swymi problemami, 
to doprowadzenie do ich nasilenia."