wtorek, 12 kwietnia 2016

Rozdział 20


Znów pogadam sobie na koniec rozdziału xD
Czy się spodoba? Nie wiem, ja nie jestem zadowolona bo tak ważną notkę chciałam napisać 'trochę lepiej', ale już nie miałam siły nic więcej zmieniać.
Zapraszam!<3

~~~~~


Boimy się wszyscy i bez wyjątku. Lęk wypełnia nasze życie jak powietrze, zagęszcza je, poruszamy się po nim, pływamy w nim, brodzimy w nim po kolana. Wchodząc w miłość, boimy się, że ją stracimy, trwając w niej boimy się, że to nie to, albo że nic w życiu już nas innego nie spotka. Nie mając miłości boimy się, że nigdy jej już nie znajdziemy. To była niebezpieczna ucieczka od mojej bezpańskiej samotności. Moja podróż, która rozpoczęła się od słów obietnicy, którą złożyliśmy sobie w pewny dzień, miała na celu stworzenia swojej własnej idylli. Pokładając całą wiarę w słowach, które wymienialiśmy - a było ich mnóstwo - budowaliśmy w sobie osadę, w której zawiłość stworzyła uczucie przyjaźni, przeplatającej się z miłością i pewnym niespokojnym amokiem uczuć. Jak to możliwe, że przez te 6 lat, zamiast znienawidzić, kochałem ją jeszcze bardziej? Mimo bólu, ran, porzucenia, tego jak się czułem gdy odeszła? 
Otworzyłem oczy próbując przyzwyczaić je do panującej w kajucie jasności. Poruszyłem się nieznacznie, czując na piersi ciężar, uniemożliwiający mi zmianę pozycji. Spojrzałem na wtuloną we mnie Michelle, która wciąż była pogrążona w głębokim śnie. Uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym pogładziłem ją dłonią po włosach, całując jednocześnie w czubek głowy. Na mój dotyk zareagowała poruszając się delikatnie, jeszcze mocniej wciskając się w moje ciało.
- Wstawaj śpiochu - szepnąłem jej do ucha, widząc jak powoli zaczyna unosić powieki ku górze - Jak się spało?
- Mhm... - jęknęła przeciągając się i ponownie wtulając w mój bok.
- Koniec spania - zaśmiałem się i przewróciłem na bok, jednak ignorując to poprawiła się i wtuliła na nowo w moją szyję zamykając oczy - Śpioch. 
- Maruda - znów jęknęła zaspanym głosem - Daj mi jeszcze pięć minut.
- A co ja będę z tego miał? - obróciłem ją na plecy i zawisnąłem nad nią, spoglądając w jej teraz otwarte maksymalnie oczy.
- Moją dozgonną wdzięczność.
- Tylko tyle? - przygryzłem wargę.
- A zasłużyłeś? 
- No... Wiesz... Po wczorajszej nocy...
- Świniak - walnęła mnie poduszką po czym wtopiła się w moje usta, gdy jak na złość przerwał nam jej telefon. 
Zszedłem z niej pozwalając sięgnąć do komórkę brzęczącą na stoliku obok łóżka. Kobieta spojrzała na wyświetlacz, po czym odłożyła urządzenie z powrotem na miejsce ignorując połączenie.
- Czy coś... - zacząłem spoglądając na nią niepewnie, ale przerwała mi domyślając się pytania:
- To Emilio. Niech sobie dzwoni. Jutro się z nim spotkam i zakończę całą tą szopkę.
- Pójdę z Tobą.
- Nie ma mowy, sama to załatwię.
- Nie puszczę Cię do niego - rzuciłem najpoważniej jak potrafiłem - Już pokazał na co go stać, nie pozwolę aby...
- Michael to jest moja sprawa, ja to muszę załatwić. Proszę nie kłóćmy się znowu - cmoknęła mnie delikatnie w usta, po czym przytuliła się do mojego torsu.
- Już dawno się tak nie czułem - szepnąłem nawijając jeden z jej kosmyków włosów wokół palca.
- Czyli jak? - spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
- Po prostu szczęśliwy - uniosłem lekko kąciki ust, nie spuszczając z niej wzroku - Już dawno z nikim tak szczerze nie rozmawiałem, nie całowałem z taką namiętnością, nie kochałem się z miłością ani nie budziłem się obok, chcąc pozostać w tym łóżku na wieki.
- Kiedy ostatni raz tak było? - spojrzała na mnie z dołu, jakby się faktycznie nie domyślała odpowiedzi - Skoro dawno to...
- Od sześciu lat - przerwałem jej - Mówi Ci to coś?
Odpowiedziała mi jedynie uśmiechem. Znów chciałem połączyć nasze wargi w pocałunku, gdy usłyszeliśmy zza drzwi jakieś szmery. 'Eva', pomyślałem. No tak... Przecież Michelle miała spać z nią w pokoju. Kobieta słysząc to samo co ja wyleciała z łóżka jak poparzona, próbując jednocześnie zdjąć ze mnie kołdrę.
- Oddawaj małpiszonie! - szeptem krzyknęła, trzymając pościel ręką przy piersiach, próbowała ją ze mnie ściągnąć - Muszę iść do łazienki nim tutaj wejdzie.
- I do pójścia do łazienki musisz mieć kołdrę? - zaśmiałem się - Wstydzisz się mnie? Wczoraj jakoś nie miałaś z tym problemów.
- Mike, zaraz dostaniesz w mleczaki - znów szarpała materiał, ale nie dawałem za wygraną - No puszczaj!
- A jak wejdzie to czym ja się okryję? - spojrzałem na nią triumfalnym wzrokiem.
Posłała mi swoje mordercze spojrzenie, po czym rzuciła na mnie pościelą i wyszła nago z łóżka zbierając po drodze swoje ubrania z podłogi. Podparłem się na łokciach i przyglądałem z uwagą każdemu calowi jej ciała, zagryzając przy tym dolną wargę. Widząc jak pożeram ją wzrokiem rzuciła pod nosem ciche 'palant', specjalnie abym usłyszał. Zaśmiałem się i gdy zniknęła za drzwiami łazienki, opadłem na łóżko szczerząc się sam do siebie. Nie minęła chwila, a usłyszałem charakterystyczne tylko dla Evy pukanie do drzwi.
- Wejdź - rzuciłem naciągając na siebie mocniej okrycie - Nie śpisz kochanie? 
- Mamusi nie ma - rzuciła z rezygnacją wchodząc głębiej do kajuty - Nie było jej całą noc - nagle z łazienki jak na zawołanie wyszła ubrana już w swoje ciuchy Michelle.
- Coś się stało kochanie? - podeszła do córki ściskając ją mocno.
- Nie było Cię!
- Jak to? Byłam z Tobą całą noc, wstałam wcześniej i kąpałam się - schowałem twarz w poduszkę bojąc się, że wybuchnę niepohamowanym śmiechem.
- Nie prawda. Zresztą czemu kąpałaś się u Mike'a, a nie w naszej łazience? 
- Bo... Nie chciałam Cię budzić - wyrwała nagle, wpadając na kolejną wymówkę - Chodź, zrobię Ci śniadanie.
- Ja w tym czasie poleżę z Michaelem - rzuciła nagle, a ja cały pobladłem przypominając sobie, że przecież również jestem ciągle nagi. Posłałem Michelle błagalne spojrzenie, na co zaśmiała się pod nosem i chwyciła małą za rękę.
- Michael musi też się wykapać. Chodź, pomożesz mi trochę.
Na szczęście Eva posłusznie przystała na propozycję, a ja odetchnąłem z ulgą. Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, wyszedłem z łóżka idąc w stronę łazienki. Wziąłem chłodny prysznic, jakbym chciał ostudzić wciąż jeszcze żarzące się moje ciało, po dzisiejszej nocy. Myśl, że chce zakończyć swoją relację z Honses była niczym najlepsze lekarstwo, na wszelki wewnętrzny ból. A więc udało się? Nie zniósłbym kolejnego odtrącenia, nie po tym wszystkim. Wolałbym już wtedy po prostu zapłonąć takim ogniem, jakiego nie ugaszą żadne łzy.



Dzień mijał mi nieubłaganie szybko. Niedawno co obudziłam się u boku Michaela, a niedługo już dobijamy do brzegu. Cały dzień Eva nie odstępowała Mike'a na krok. Zostawiłam ich na chwilę na pokładzie, chcąc odebrać połączenie z nieznanego numeru. 
- Halo?
- Czy mam przyjemność z Panią Michelle Evans? 
- T..Tak, z kim rozmawiam? - zmarszczyłam brwi, nie rozpoznając męskiego głosu w słuchawce.
- Jestem Doktor Fray. Dzwonię ze szpitala, niedawno robiła Pani u nas badania, prawda?
- Owszem - no tak... kompletnie o tym zapomniałam - Czy wyniki są już do odbioru?
- Trzymam je właśnie w rękach, jest możliwość aby stawiła się Pani dzisiaj w szpitalu w tej sprawie?
- Oczywiście - zamyśliłam się - Czy wszystko gra?
- Nie mogę udzielać takich informacji telefonicznie. Kiedy mogę się Pani spodziewać?
- W LA będę za jakieś 3 godziny - spojrzałam przez okno na horyzont, na którym ląd był coraz to wyraźniejszy - Mogę wpaść o 19?
- Niestety mój dyżur trwa do 18.
- Nie wyrobię się - cholera - A nie mogłabym ich odebrać od kogoś innego? Doktora Stewarta?
- Owszem, ma on dzisiaj wieczorną zmianę, ale skoro robiła Pani te badania u mnie...
- Znamy się z Doktorem Stewartem, proszę mu przekazać.
- Dobrze, w takim razie proszę stawić się w jego gabinecie. Przekażę mu wyniki oraz uprzedzę, że może się Pani spodziewać wieczorem.
- Jasne, dziękuję bardzo.
- Również. Do widzenia - rozłączyłam się.
Cholera. To nie brzmiało dobrze. Dlaczego kazał mi się tak pilnie stawić? Całkiem zapomniałam, że kilka dni temu udałam się za obietnicą złożoną Doktorowi Stewartowi do szpitala, by zrobić wszystkie wyniki. Prześwietlenie głowy, badania serca, badania krwi i moczu. Nigdy nie przejmowałam się raczej swoim zdrowiem, gdyż nie odczuwałam takiej potrzeby. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio się badałam w jakikolwiek sposób.
Pogrążona w swoich myślach wróciłam do tych dwóch wariatów, leżących na kocu pod parasolem i grających kolejną rundę w Monopoly. Że im się to nie znudzi, nie? Usiadłam obok mężczyzny po turecku, przyglądając się jego ramionom i szyi, które dzięki podkoszulkowi i cieniowi zapewnionemu przez parasol, były wyjątkowo odsłonięte. 

- Coś się stało? - spojrzał na mnie odrywając wzrok na chwilę od planszy - Wszystko dobrze?
- Tak, dzwonili do mnie ze szpitala.
- Szpitala? - zmarszczył brwi - Co się dzieje?
- Nic, nie martw się - przeczesałam jego włosy ręką, ale złapał mnie za nadgarstek posyłając ten swój groźny wzrok - No dobrze...- zaczęłam zastanawiając się, jak dobrać słowa, aby go nie niepokoić - Widziałam się niedawno z Doktorem Stewartem, prosił abym zrobiła sobie zwykłe, rutynowe badania ze względu na to jak chorowała mama. Przez te ostatnie bóle głowy postanowiłam go posłuchać i kilka dni temu poszłam zrobić badania.
- Są już wyniki?
- Własnie z tym do mnie dzwonili.
- I...? - no tak, mogłam się domyślić, że będzie znów odgrywał księdza na spowiedzi - Michelle?
- No nic, są dobre. Mam iść dzisiaj wieczorem je odebrać - znów powiedziałam coś, co może mijać się z prawdą, niech to szlag - Zaspokoiłam Twoją ciekawość?
- Owszem - uśmiechnął się delikatnie i pociągnął mnie za rękaw bluzki tak, że opadłam obok niego na kocu - Pojadę z Tobą.
- Ale że gdzie? - spojrzałam na niego niepewnie.
- No do szpitala.
- Nie ma potrzeby - rzuciłam nerwowo, nie chcąc aby się dowiedział, że tak naprawdę nie znam jeszcze wyników - Poradzę sobie.
- To żaden problem.
- Naprawdę nie ma sensu. Odstawię małą do Natali i pojadę sama. Też musisz się rozpakować po rejsie, a mi spacer bardzo dobrze zrobi.
- Pewna jesteś?
- Tak - posłałam mu wymuszony uśmiech.
- Mike Twoja kolej - rzuciła nagle Eva, podając mu kostki do gry - Musze Cię w końcu ograć.
- Nie ma szans - zaśmiał się - Musisz się pospieszyć, bo za godzinę dobijamy do brzegu, nie zostało Ci wiele czasu.
- Szkoda, że już koniec - rzuciła z smutną minką, zawieszając swój głęboki wzrok na mężczyźnie - Zabierzesz mnie jeszcze kiedyś Mike?
- Masz na to moje słowo.
- Na mały palec? - wystawiła mu rączkę, co mnie nieco zdziwiło. Zawsze robiła tak ze mną, od kiedy obiecują sobie z Michaelem coś w ten sposób? Czyżbym o czymś nie wiedziała?
- Na mały palec - odparł wykonując ten sam ruch co moja córeczka.


Tak jak mówiłam - tak zrobiłam. Szofer Michaela odwiózł nas pod sam dom mojej przyjaciółki. Oczywiście Mike chciał jechać z nami, ale przekonałam go, że nie powinniśmy ryzykować kolejnego szału z mediami i prasą. W biegu rzuciłam swoje walizki na łóżko i zostawiając córkę z Nat, wyszłam z mieszkania wybierając jednocześnie numer na taksówkę. Wszystko się przeciągnęło, więc bałam się, że przyjadę za późno, a niespokojny głos lekarza rozbrzmiewał w mojej głowie, nie dając najmniejszego spokoju.
Wleciałam do szpitala niczym burza. Wbiegłam na piętro do dobrze mi znanego gabinetu. Starszy mężczyzna siedział za biurkiem, uważnie się wpatrując w jakieś dokumenty. Na dźwięk zamykających się drzwi uniósł wzrok spod okrągłych okularów i na mój widok uśmiechnął się, ale nie był to ten sam uśmiech co wasze, coś mi nie pasowało.
- Michelle skarbie, siadaj proszę - wskazał ręką na krzesło po drugiej stronie biurka.
- Jak się Pan czuje? Po ostatnim... Nie było więcej spadków cukru? - rzuciłam próbując ukryć swoje zdenerwowanie. Zajęłam miejsce i spojrzałam mu w oczy, widząc w nich niepokój - Martwiłam się o Pana.
- Niepotrzebne - uniósł lekko kąciki ust - Wszystko jest w normie. To był jednorazowy spadek.
- To dobrze.
- Doktor Fray przekazał mi Twoje wyniki - wyciągnął przed siebie plik kartek, tych samych którym się przyglądał gdy weszłam do pomieszczenia - Cieszy mnie, że zrobiłaś tak jak prosiłem i zdecydowałaś się na te badania.
- Miałam w planach robić tylko badania serca, aby wykluczyć chorobę matki, ale Doktor Fray zalecił abym zrobiła komplet badań ze względu na te moje ostatnie bóle głowy.
- Miał rację - poważny ton mężczyzny przyprawiał mnie o ciarki - Twoje serce Michelle jest zdrowe.
- Dzięki Bogu... - ukryłam twarz w dłoniach oddychając z ulgą - Bałam się, że nowotwór mamy...
- Nowotwory... - przerwał mi - ...nie są dziedziczne same w sobie. Jednak jeśli mieliśmy w rodzinie osoby chore, możemy mieć ku temu skłonności.
- Do czego Pan zmierza? 
- Miewałaś ostatnio bóle głowy, tak?
- Tak... - szepnęłam prawie niesłyszalnie - Ale przecież...
- Występowały również może nudności? Zaburzenia senności? Wymioty? 
- Może mi Pan w końcu powiedzieć, zamiast robić podchody? - poczułam jak szklą mi się oczy - Proszę mi po prostu powiedzieć prawdę, nie chcę litości.
- Twoje serce Michelle jest zdrowe - wziął głęboki oddech, dopiero zauważyłam, że i on ma łzy w oczach - Jednak Twoja sytuacja jest jeszcze poważniejsza. Michelle... - jąkał się, a ja nie mogłam już wytrzymać tego napięcia - Masz guza mózgu.
- Że co mam? - spytałam ledwo łapiąc powietrze - To żart jakiś?
- Przykro mi kochanie. Ja...
- Proszę po prostu mówić to co Pan musi - wytarłam pierwszą łzę na policzku rękawem i spojrzałam na niego prostując plecy - Proszę się nie rozczulać, jest Pan profesjonalistą i proszę się jak profesjonalista zachować.
- Więc... - znów przerwał, ale po chwili się pozbierał i zaczął mówić monologiem, jakby wcześniej przygotował tę 'przemowę' - Glejaki nie są częstym typem nowotworów. Każdy guz mózgu, niezależnie od stopnia złośliwości jest niebezpieczny ze względu na swoją lokalizację. Rozwijający się guz uciska bowiem ważne ośrodki w mózgu, sterujące czynnościami organizmu. Objawy kliniczne guzów mózgu mogą być różne. Niekiedy mają charakter skryty, trwający latami, a czasem nasilają się błyskawicznie po ujawnieniu, nawet w ciągu kilku tygodni.
- Czyli tak jak u mnie - rzuciłam z rezygnacją, nie wierząc jak sama mogłam tak bagatelizować te wszystkie objawy.
- Niektóre z nich mają charakter łagodny, co oznacza, że rosną powoli i nie powodują nacieków w tkankach otaczających. Inne są złośliwe, co oznacza, że atakują sąsiednie struktury. Jednak nawet złośliwe nowotwory głowy cechuje zazwyczaj niskie ryzyko wystąpienia przerzutów odległych.
- Co to znaczy?
- Rak serca, nerek czy innych narządów może się rozprzestrzeniać wszędzie. Guzy zlokalizowane w głowie mają to do siebie, że cała Twoja reszta jest zdrowa, nie wyklucza Cię nawet z bycia dawcą narządów, mimo iż jesteś nosicielem nowotworu - przerwał na moment - Jednak ze względu na położenie w czaszce, nie mamy w większości możliwości usunięcia go. Jako leczenie wspomagające stosuje się więc chemio- i radioterapię. 
- Jaki to ma sens? Skoro i tak nie można usunąć? - znów łzy napłynęły mi do oczu - Proszę się skupić na moim przypadku.
- Michelle... Wszystko zależy od stopnia złośliwości. Twój... Twój osiągnął w tym nadzwyczaj krótkim czasie IV stopień.
- Ile mi zostało? - czułam, jak podłamuje mi się głos.
- Pacjenci z glejakiem IV stopnia zazwyczaj nie przeżywają 12 miesięcy. Tak strasznie mi przykro - ujął moje dłonie w swoje, a ja siedziałam jak posąg, zapatrzona w jeden punkt na ścianie.
Rok? Tyle mi zostało? I już? Koniec? Jak to kiedyś powiedziała mi mama, gdy dowiedziała się o swojej chorobie: śmierć nie py­ta, czy masz jeszcze coś do załatwienia. W jednej chwili zdałam sobie własnie sprawę, jak wielu rzeczy nie zdążę zrobić, ile nie będzie mi dane zobaczyć... Nie będę mogła patrzeć, jak Eva dorasta. Nie będę mogła z nią rozmawiać o chłopakach w szkole, chodzić na wywiadówki ani patrzeć jak z wiekiem się buntuje i staje kobietą. Po prostu - nie będzie mnie. A gdybym nie zrobiła wyników? Czy dowiedziałabym się, nim bym zniknęła z tego świata? Nie miałabym możliwości pożegnania się z tymi, których kocham, wytłumaczenia i przeproszenia, dlaczego ich zostawiam kolejny raz, tym razem na zawsze.
- Michelle...? - lekarz spojrzał na mnie próbując się uśmiechnąć przez łzy - Jesteś silna... Jeśli zaczniemy leczenie...
- Nie - pokręciłam przecząco głową wstając gwałtownie z miejsca - Nie będę się leczyć. Sam Pan powiedział, że nie mam więcej niż 12 miesięcy. Co? Mam tworzyć sobie złudną nadzieję, że może się uda? Walczyć, aby potem przegrać? Oboje wiemy, że tego się zatrzymać nie da. Zniosę to z dumą, tak jak moja matka.
- Posłuchaj...
- Dziękuję - przerwałam mu - Dziękuję Panu za wszystko. Proszę mi wybaczyć...Ale chcę być teraz sama.
Zgarnęłam swoje wyniki z biurka i wyszłam z gabinetu, słysząc jak mężczyzna coś jeszcze za mną woła. Nie płakałam, jeszcze nie teraz, nie gdy inni patrzą. Weszłam do taksówki i całą drogę wpatrywałam się w szybkę, gniotąc w palcach dokumenty, które były moim wyrokiem. Co z Evą? Jak mam jej powiedzieć, że mnie już nie będzie? Nie mogę ukrywać, nie mogę zniknąć z dnia na dzień z jej życia, bez żadnego wyjaśnienia. Jest duża. Zrozumie... Musi zrozumieć.


Weszłam do mieszkania niczym cień, bez wyrazu i jakichkolwiek uczuć wymalowanych na twarzy. Rzuciłam swój płaszcz na podłogę, nie mając nawet siły, aby go powiesić do szafy. Weszłam do salonu, w którym panował całkowity mrok. Słyszałam jakieś szmery z kuchni, których sprawcą była zapewne Natalia. Usiadłam na kanapie, kładąc dokumenty na stoliku przed sobą. Patrzyłam się na nie. Po prostu się patrzyłam, czując jak mój oddech robi się płytki i nierównomierny. A więc Michael - gdzie jest ten Twój Bóg? Gdzie jest teraz, ten Bóg który ponoć mnie kocha? Który skazuje moją córkę i bliskich na cierpienie? Chyba bardziej się bałam o nich wszystkich, niż o samą siebie. Ja to zniosę, mnie po prostu nie będzie. Ale sama zaznałam bólu, kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy ponad życie. Osoba która odchodzi bezpowrotnie, zabiera nam część duszy, która już nigdy nie będzie pełna. Zawsze będzie świecić pustką w tym jednym miejscu, którego niczym nikt nam nie zapełni. Ilekroć będziemy to sobie przypominać - będzie boleć. Cholernie boleć. Będzie nas zabijać od środka, a to chyba najgorsza śmierć, jaką można sobie wyobrazić.
- Miśka? - Nat weszła do salonu zapalając światło - Czemu siedzisz po ciemku? Nawet nie słyszałam kiedy weszłaś... Co się dzieje? - usiadła obok mnie, na co ja mocniej podciągnęłam kolana pod brodę, obejmując je rękoma. Nie odpowiedziałam nic, tylko wskazałam palcem na plik kartek, leżących na szklanym stoliku. Przyjaciółka wzięła je i zaczęła czytać. Pierwsze kilka czytała ze spokojem - prawidłowe EKG i wyniki krwi. Aż dochodzi do ostatnich stron, wraz ze zdjęciami mojej głowy. Spoglądam na nią w końcu i widzę jak jej słone łzy kapią powoli na tekst tłumaczący mój stan. Nagle z impetem rzuciła kartkami przed siebie, powodując że rozleciały się po pomieszczeniu, każda w inną stronę. Przytuliła się do mnie wybuchając płaczem. Przytuliłam ją do siebie najmocniej jak potrafiłam, powstrzymując własne łzy. Natalia zacisnęła pięści na mojej koszulce i dusiła się własnymi łzami. Ja milczałam, nie okazując żadnych emocji, poza wilgotnymi oczami.
- Miśka nie możesz mnie zostawić... Słyszysz?! Nie możesz! - krzyczała płacząc cały czas w moich objęciach. Pocałowałam ją w czubek głowy, jakbym chciała dodać otuchy.
- Ej, ja tutaj jeszcze jestem... Słyszysz? Jestem tutaj - uniosłam jej podbródek do góry, zmuszając by spojrzała mi w oczy - Nie płacz. Nie możesz mnie dobijać, musisz być teraz dla mnie silna.
- Jak mam być silna?! Miśka ty skurwielu miałaś być zawsze przy mnie! - znów wybuchła, wtulając się w moją rękę.
Nie mogłam patrzeć jak cierpi. Jej ból był moją wewnętrzną porażką.
- Wiesz... - zaczęłam, wpatrując się w obraz na ścianie - Zabawne, że można tęsknić za kimś na zapas, jeszcze wtedy, gdy wciąż siedzi tuż obok Ciebie.
- Dla Ciebie to zabawne? - spojrzała na mnie z wyrzutem - Dlaczego mówisz to z takim spokojem? Dlaczego nie płaczesz tak jak ja? Kurwa Miśka czy Ty nie rozumiesz... Nie możesz zostawić mnie, Maxa, Michaela a tym bardziej Evy. Po prostu nie możesz.
- Gdy się dowiedziałam ogarnął mnie strach - mówiłam ze spokojem, patrząc w jeden punkt na dywanie - Bałam się, chciałam płakać, krzyczeć... Jednak, ja chyba się pogodziłam z tym.
- W godzinę?! - wrzasnęła wkurzona moją postawą.
- Tak. Moja matka była silna, nie okazywała słabości i z dumą przyjęła na barki to co zgotował dla niej los. Co dadzą mi łzy i żal? Nie pomogą, a jedynie zniszczą ostatni czas jaki mi został - zawiesiłam się na chwilę - Czas nadszedł chyba, na powiedzenie prawdy.
- O czym mówisz?
- Mam dość kłamstw. Powiem zaraz Evie, musi wiedzieć i być przygotowana na to wszystko. A Michael...
- Powiesz mu? - spojrzała na mnie z nadzieją i bólem zarazem - O Evie?
- Nie mogę pozwolić, aby została sama, tak samo jak ja gdy rodzice odeszli. Nie ma dziadków i straci również matkę. Jak wielkim skurwielem bym musiała być, nie pozwalając dorastać przy boku drugiego rodzica? Ona zostanie wtedy sama na tym świecie, a na to nie pozwolę.
- Tak strasznie Cię kocham... - wyszeptała i znów się we mnie wtuliła.
- Wiesz czego się boję? - wypaliłam nagle, poprawiając się na sofie - Że Mike odrzuci Evę.
- O czym Ty mówisz? - spojrzała na mnie marszcząc brwi - On nie jest taki, kocha was.
- Znienawidzi mnie, gdy się dowie prawdy. Jestem na to przygotowana i wręcz tego pragnę, gdyż wtedy nie będzie tak cierpiał po moim odejściu. Jednak może również winić Evę, w końcu jest dla niego kimś obcym, kimś...
- Pierdolisz głupoty - warknęła dając mi sójkę w bok - Michael Cię kocha i Ci wybaczy.
- Nie może mi wybaczyć - pokręciłam przecząco głową - Jeśli tak się nawet stanie, powiem mu, że nigdy go nie kochałam.
- Że co mu powiesz?
- Tak będzie mu łatwiej. To będzie lepsze, niż patrzeć jak cierpi, a ja nie będę mogła mu w żaden sposób pomóc. Idę do małej, a ty kładź się spać - pocałowałam przyjaciółkę w czoło schodząc z kanapy - Jutro pojadę do Michaela.
- I co mu powiesz?
- Nie wiem. Koniec z planowaniem czegokolwiek - posłałam jej fałszywy uśmiech i rzucając ciche 'dobranoc' wyszłam z salonu, kierując się w stronę pokoju mojej córeczki.
Dziecka oszukać się nie da i nie wolno tego robić. Ono również, podobnie jak dorosły, odczuwa silne emocje, przeżywa i cierpi podobnie. A ponieważ jest małe i wielu spraw jeszcze nie rozumie, wymaga szczególnie troskliwej opieki w tych trudnych momentach
Zapukałam cicho uchylając niepewnie drzwi. Siedziała przy biurku malując coś na kartce. Podeszłam do niej tuląc od tyłu.
- Co maluje moja księżniczka?
- To ja, Ty i Michael na statku - tłumaczyła pokazując palcem poszczególne postacie na kartce - Szkoda, że to już koniec. Ale jak Mike obiecał, że popłyniemy znowu to dotrzyma słowa, nie?
- On zawsze dotrzymuje słowa - pogłaskałam ją po główce i złapałam za rączkę - Usiądź kochanie ze mną, musimy porozmawiać.
- Słyszałam jak Natalia płakała... Stało się coś?
- Posłuchaj kochanie - usiadłyśmy na łóżku po turecku na przeciwko siebie - Jesteś dużą dziewczynką. Mamusia musi Ci powiedzieć coś bardzo ważnego, więc musisz być bardzo silna.
- Zawsze jestem - uśmiechnęła się - Będę silna.
- Musisz skarbie wiedzieć, że każdy z nas kiedyś odchodzi. Tak jak babcia i dziadek, tak jak zwierzątka i roślinki: wszyscy kiedyś umierają.
- I patrzą na nas z góry? - spojrzała na mnie tymi ciekawskimi oczkami - Tak jak babcia i dziadek?
- Właśnie tak. Aniołki tam w górze czasem się upominają i zabierają nas do siebie, do lepszego miejsca - próbowałam ostrożnie dobierać słowa, nie wiedząc jak rozmawiać z dzieckiem o takich tematach - Wiesz córeczko, że bardzo Cię kocham, prawda?
- Wiem - rzuciła bez entuzjazmu - I Ty chcesz odejść, do tego lepszego świata? Zostawisz mnie? - spytała nagle a ja poczułam jak pęka mi serce. Była mądra, od razu domyślała się, do czego zmierzam.
- Oczywiście, że Cię nie zostawię kochanie - uśmiechnęłam się do niej przez łzy, głaszcząc ją po chłodnym policzku - Ja zawsze z Tobą będę, o tutaj - dotknęłam ją na piersi w miejscu serca - Zawsze będę w Twoim małym serduszku. Zawsze będę z Tobą właśnie tam, bez względu na wszystko.
- Aniołki nie mogą na Ciebie poczekać? Muszą Cię zabierać teraz? Nie mogą za jakiś czas?
- Myszko... - głos mi się podłamywał - Jeśli tak chcą, nie da się z nimi negocjować.
- Boisz się mamusiu?
- Nie boję - odparłam pewniejsza siebie - I dlatego Ty Też musisz być silna, dla cioci Natali i Michaela.
- A będziesz mnie odwiedzać, z tego lepszego miejsca? Babcia i dziadziuś czasem przychodzą do mnie jak śpię i w snach są ze mną, mówią że mnie bardzo kochają. Ty też będziesz mnie kochać?
- Zawsze będę Cię kochać - pocałowałam ją w czółko i mocno przytuliłam do siebie - Bez względu na to co się stanie, zawsze będziesz moją małą córeczką.
- Skoro Ty się nie boisz, to ja też nie - wyszeptała, a ja próbowałam się nie rozpłakać.
Nie mogłam przy niej okazywać słabości. Musiałam być dla niej silna, musiałam jej pokazać, że z tym można sobie poradzić. Mój niepokój byłby jej porażką, a na to nie mogłam pozwolić.
- Śpij już kochanie, jest późno - pocałowałam ją w policzek i odsłoniłam kołderkę, pod którą po chwili się wgramoliła - Dobranoc.
- Ale jutro jeszcze nigdzie nie idziesz? - spojrzała na mnie niepewnie.
- Oczywiście, że nie - uniosłam lekko kąciki ust, chcąc ją uspokoić - Jeszcze nigdzie nie idę. Kolorowych snów.
- Dobranoc mamusiu - odpowiedziała mi, gdy gasiłam światło w pokoju.
Zamknęłam drzwi najciszej jak potrafiłam i udałam się do swojej sypialni. Nie zapalałam nawet lampki, chcąc posiedzieć sama w ciemnościach.
Niektórzy po zapadnięciu zmroku już nie potrafią uwierzyć w słońce. Brakuje im tej odrobiny cierpliwości, aby doczekać nadchodzącego poranka. Kiedy przebywasz w ciemnościach, spójrz w górę. Tam czeka na ciebie słońce. Ono nie omija nikogo. Ciebie też nie ominie, jeśli nie schowasz się w cień. Z każdym dobrym człowiekiem, który zamieszkuje ziemię, wschodzi jakieś słońce. Ciemność również ma zalety. Nieprzenikniony, intensywny mrok jest najlepszym sprzymierzeńcem marzeń. Przecież mrok wcale nie oznacza pustki, o nie. Zamknijcie oczy albo skryjcie się przed słońcem, a najlepiej znajdźcie miejsce pozbawione wszelkiego światła. Wówczas mrok zaludni się w mig.
Usiałam na łóżku, trzymając w rękach starą fotografię na której byłam razem z moimi rodzicami. Przejechałam dłonią po zdjęciu, przypominając sobie ich głosy i śmiech.
- Mamo... Tato... Do zobaczenia - szepnęłam przez łzy całując zdjęcie - Niedługo znów będziemy razem.

***

Komentarz = to motywuje!

***

Ja wiem, że mnie ktoś bd chciał zjeść zaraz xD
Ale motyw tej historii musiał być taki a nie inny. Już od dawna planowałam ten wątek, ale uwierzcie - cierpię razem z wami. Tak... Ryczałam raz nawet pisząc go xD
Wszystkie info zawarte o tej chorobie są prawdziwe  - brałam informacje ze stron medycznych, aby zachować autentyczność i prawdziwość tej historii.
Długo szukałam akurat tego, aby mogło mieć do przełożenie na dalszą akcję tej opowieści, którą dla was szykuję. Powiem tylko jeszcze... Że choroba Miśki nie została wybrana przypadkowo, dlaczego akurat TEN guz, tego miejsca. Będzie mieć to duże znaczenie w trzeciej części Remember.
PS: Cytat poniżej - po prostu uwielbiam.

~~~~~

"Mount Everest, pokonałeś nas.
Ale ja wrócę.
I ja pokonam ciebie. 
Ponieważ ty już nie możesz urosnąć, 
a ja mogę."

~ Edmund Hillary

czwartek, 7 kwietnia 2016

Rozdział 19

Rozdział dedykuję... A w sumie pozostanie to tajemnicą :D Może osoba ta domyśli się, że o nią chodziło;)))
Dzisiaj wyjątkowo pogadam sobie na koniec notki, bo bd chciała poruszyć kilka kwestii poruszonych w tymże rozdziale, ale aby nie spoilerować zrobię to na koniec:P
Zapraszam:)

~~~~~


Pa­miętacie ten mo­ment, kiedy ja­ko dziec­ko, w wieku koło sied­miu lat, ma­lowaliście ob­ra­zek i niebo to niebies­ki pa­sek u góry kar­tki? I wte­dy przychodzi ten mo­ment roz­cza­rowa­nia, kiedy nau­czy­ciel mówi ci, że tak nap­rawdę niebo zaj­mu­je cała wolną przes­trzeń na ry­sun­ku. I to jest ta chwi­la, kiedy życie zaczy­na być co­raz bar­dziej skom­pli­kowa­ne i nieco nud­niej­sze, po­nieważ za­malo­wywa­nie kar­tki na niebies­ko jest raczej nużącym zajęciem. Ja mimo iż czułem się wciąż po części tym małym dzieckiem, zaczynałem dostrzegać w tych z pozoru nużących rzeczach piękno. Bo czy błękit nieba nie jest cudowny? Zamalowywanie jest raczej nudne, ale czasem trzeba się w życiu wysilić dla niepowtarzalnego efektu końcowego.
Mój szofer pojechał już po Michelle i Evę, ja zaś od rana byłem na miejscu sprawdzając czy wszystko na statku jest tak jak być powinno. Nie chciałem żadnych niespodzianek, no może poza jedną, którą sam szykowałem na dzisiejszy dzień. Przeszedłem po pokładzie podchodząc do barierki. Miałem na sobie przebranie, gdyż chciałem uniknąć rozgłosu i zlotu fanów, a przede wszystkim mediów i prasy. Od rana uśmiech nie schodził mi z twarzy. To miał być cudowny dzień i nie pozwolę aby cokolwiek lub ktokolwiek mi go zniszczył.
Spojrzałem w wodę, która spokojnie obijała się o ściany statku. Pogoda była zaskakująco piękna jak na końcówkę lata. Bezchmurne niebo, delikatny wiaterek i słońce, które miałem wrażenie że się do mnie uśmiecha.
W końcu zobaczyłem jadące w naszą stronę Porsche, które specjalnie kazałem wziąć szoferowi zamiast limuzyny, aby nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Zatrzymali się nieopodal, a po chwili z pojzadu wyskoczyła Eva, biegnąca już w moją stronę, nawet nie myśląc by poczekać na mamę.
- Michael! - krzyknęła wbiegając po schodach na pokład i rzucając mi się w ramiona - Nie mogłam się już doczekać!
- Ciii - przykucnąłem przy niej kładąc jej palec na ustach - Nie krzycz skarbie, mam przebranie i nikt nie może wiedzieć, że to ja. Dopóki nie wypłyniemy nie mów do mnie po imieniu, zgoda?
- Przepraszam - rzuciła ze skruchą, na co ją mocno do siebie przytuliłem.
- Nic się nie stało kochanie - ucałowałem ją w skroń - Nie masz mnie za co przepraszać.
- Co znów przeskrobała? - spojrzałem na Michelle idącą w naszą stronę. Uniosła lekko kąciki ust i gdy się podniosłem, ku mojemu zdziwieniu złożyła na moim policzku drobny pocałunek - Nic się tutaj nie zmieniło.
- Owszem - rozejrzałem się po pokładzie.
- Szefie, a to gdzie? - spytał nagle Simon niosąc walizki z samochodu, którym przyjechały - Dać do...
- Daj do mojej kajuty na razie - uśmiechnąłem się do niego i dopiero po chwili się zorientowałem, że jeszcze nie znają się ze sobą - Michelle, Eva... To jest Simon, będzie z nami płynął i sprawował opiekę na statku przez te dwa dni. 
- Miło mi - kobieta wyciągnęła do niego rękę, którą mężczyzna uścisnął posyłając niepewny uśmiech - Ale to chyba nie z nim płynęliśmy za pierwszym razem?
- Nie, Ignacio niestety zwolnił się i wrócił do domu we Włoszech - spojrzałem na nią - Chodźcie, pokażę wam wasze kajuty - pociągnąłem kobietę za rękę, nie przestając się uśmiechać.
Zeszliśmy na dolny pokład, który od naszego pierwszego rejsu uległ małej zmianie.
- Robiłeś remont? - spytała rozglądając się w koło - Ślicznie tutaj.
- Chciałem trochę odświeżyć to miejsce. Tutaj będzie wasza kajuta - otworzyłem wielkie drewniane drzwi i wszedłem za nimi do środka.
Eva pierwsze co to rzuciła się wielkie łóżko posłane białą jak śnieg pościelą. Michelle odsłoniła zasłony wpuszczając do pomieszczenia światło. Na największej ścianie była wielka szafa połączona z komodą i toaletką.
- Tutaj macie łazienkę - wskazałem na białe drzwi w rogu - Moja kajuta jest na korytarzu tuż obok.
- Dziękuję - szepnęła Michelle podchodząc do mnie i ściskając mocno.
- Wiesz... - szepnąłem jej do ucha tak, aby Eva nie słyszała - Jak nie podoba Ci się ta kajuta, zawsze możesz spać w mojej...
- Twoje niedoczekanie - walnęła mnie w ramię na co się zaśmiałem.
Po rozpakowaniu walizek, gdy statek odbił już od brzegu. za namową Evy udaliśmy się na najniższe piętro gdzie mieścił się basen.


Oparta o ściankę basenu przyglądałam się Michaelowi i Evie wygłupiającym się jak małe dzieci. Od zawsze wiedziałam, że Mike marzył o dużej, pełnej rodzinie, dzieciach, możliwości spędzania z nimi czasu... Dlaczego więc mu to odebrałam? Sama już nie wiem, co mną kierowało te sześć lat temu. Jednakże kiedy prześledzę jak wielką karierę przez ten czas zrobił, ile osiągnął dzięki temu, że odeszłam - nie żałuję tej decyzji. Mimo wszystko gdy patrzę na to teraz, serca mi pęka widząc ich razem. 
- Michelle? - Mike podpłynął do mnie widząc, jak się zamyśliłam - Wszystko gra?
- T.. Tak - posłałam mu słaby uśmiech, zatrzymując mimowolnie wzrok na jego torsie - Choroba się nasiliła? - spytałam znów patrząc mu prosto w oczy. Gdy wyciągnęłam rękę by dotknąć jednej z plamek na jego piersi odsunął się ode mnie gwałtownie.
- Nie patrz - rzucił z bólem w oczach, po czym bez słowa wyszedł z basenu zmierzając w kierunku niewielkiej szatni.
- Co się stało? - nawet nie wiem kiedy Eva znalazła się obok mnie.
- Nic kochanie - ucałowałam ją w czoło - My też już wychodzimy. 
Spojrzałam znów w kierunku, w którym zniknął mi z oczu Mike. Wiedziałam jak bardzo źle się czuje w swojej skórze, ze swoją chorobą, która nie znała litości. Od kiedy ostatnio widziałam go bez większej części garderoby, ilość przebarwień była o wiele mniejsza. Nie chciałam go urazić, ale chyba jednak to zrobiłam. Od zawsze uważałam że jest pięknym i atrakcyjnym mężczyzną. Nie miało znaczenia to jak jego ciało się zmieniało, był piękny, bo był sobą.
Po niecałej godzinie opuściłam swoją kajutę spoglądając ostatni raz w stronę śpiącej Evy. Czekając na mnie zasnęła, więc postanowiłam dać jej wypocząć i najciszej jak potrafiłam wymknęłam się z pomieszczenia, kierując schodami na górny pokład. Na jednym z leżaków siedział Michael, zaczytany w jakiejś książce. Duży parasol ochraniał go przez słońcem, a delikatny wiaterek targał jego ciemne loki. 
- Mogę? - zapytałam niepewnie wskazując na mieszczący się obok niego podwieszany fotel. Skinął tylko twierdząco głową, po czym znów zatopił się w lekturze. 
- Michael, przepraszam Cię... Nie chciałam, byś źle odebrał moje słowa. Mike? Proszę spójrz na mnie - niechętnie oderwał wzrok od tekstu i nasze oczy w końcu się spotkały - Nie chciałam aby...
- Wiem - przerwał mi - Po prostu mam dość opinii na temat mojego wyglądu.
- Uważam, że jesteś piękny - rzuciłam jak najbardziej poważnie, a na jego twarzy spoczął delikatny rumieniec, którego o dziwo dawno u niego nie widziałam - Żadna choroba tego nie zmieni.
- Dziękuję - szepnął unosząc delikatnie kąciki ust.
- Co czytasz? - spytałam nagle chcąc zmienić ten trudny dla niego temat - To jest Pismo Święte?
- Owszem - zamknął książkę przyglądając się okładce - Ostatnio często do niego zaglądam.
- Wiesz... Historia uczy nas, że żadna inna przyczyna nie przyniosła tyle śmierci co właśnie słowo boże.
- Jesteś niewierząca? - spojrzał na mnie pytająco, pierwszy raz zadając pytanie w kwestii mojej religii - Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz.
- Przestałam gdy skończyłam 15 lat - odpowiedziałam wbijając wzrok w drewnianą podłogę.
- Nawet po śmierci rodziców nie zmieniłaś zdania?
- Po ich śmierci tym bardziej utkwiłam się w przekonaniu, że moje rozumowanie jest słuszne - zmarszczyłam brwi - Skoro tak kocha, to czemu każe cierpieć? Czemu daje życie, by je odebrać? Mordercom pozwala zabijać, a niewinne dzieci w Afryce umierają z głodu. Jak może się temu przyglądać z tą ponoć wielką miłością? Jeśli nawet jakiś bożek tam gdzieś jest, to powinien ponieść karę śmierci, za te wszystkie zbrodnie przeciwko ludzkości.
- Z te­go, że nie wie­rzysz w Bo­ga, nie wy­nika jeszcze, że On w ciebie nie wierzy - posłał mi swój przepiękny uśmiech - On Cię kocha, bez względu na wszystko. Dlaczego go odtrącasz?
- Odmawiam wiary w boga, który jest główną przyczyną konfliktu na świecie, głosi rasizm, seksizm, homofobię i ignorancję a potem zsyła mnie do piekła bo to ponoć ja jestem 'zła' - spojrzałam na Michaela, który był wyraźnie zdziwiony jak i poniekąd zraniony moimi słowami - Nie mam nic przeciwko zorganizowanej religii, każdy czegoś w życiu potrzebuje. Ale ja po prostu nie przyjmuję tej wiary… Myślę, że wszyscy powinniśmy być dobrzy, uczciwi, troszczyć się o innych i ciężko pracować.
- Oczywiście. Każdy powinien czynić i szerzyć dobro. Jednak celem życia człowieka jest wędrówka do Boga. 
- Jasne - zaśmiałam się kpiąco pod nosem -W takim razie jednak Bóg jest okrutny, jeśli powołuje do życia, a później odbiera je wbrew naszej woli.
- Wiem, że zabolała Cię strata rodziców - przybliżył się do mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku - Ale bez ciemności nie byłoby światła, bez smutku radości. Bóg nie zsyła nam rozpaczy aby nas zabić, lecz by nowe pobudzić w nas życie.
- Mike nie przekonasz mnie - pokręciłam przecząco głową - Każdy myślący człowiek jest ateistą. Odpowiednio czytana Biblia jest najpotężniejszym kiedykolwiek wymyślonym sprzymierzeńcem Ateizmu. Wiara różni ludzi... Skoro mamy nie mieszkać z ukochaną osobą przed ślubem, nie możemy uprawiać miłości i tym samym nie poznać partnera, jak mamy się zdecydować na życie z nim na wieki? Stąd się właśnie biorą kłótnie, rozwody, rozstania i cierpienie, w tym niczemu niewinnych dzieci. Jego nakazy są przeciwieństwem tego, jak nas stworzył, jakie dał nam potrzeby i cechy. 
- Michelle... Wiara daje szczęście, daje nadzieję i niesie ze sobą pomoc. Dlaczego nie chcesz tego dostrzec? Wierzę, że życie warte jest, aby je przeżyć. Twoja wiara pomoże ci uczynić je pełnym wartości.
- Czyli że co? Nie jestem szczęśliwa bo nie wierzę? - zaśmiałam się pod nosem - Twierdzenie, że wierzący czuje się szczęśliwszy od niewierzącego, nie znaczy nic więcej jak to, że pijany jest szczęśliwszy od trzeźwego. To nie jest tak jak mówi Biblia, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. Wprost przeciwnie: człowiek stworzył Boga na własne.Wszystkie biblijne cuda znikną wraz z postępem nauki. Gdyby skazać Boga na życie życiem, które narzucił ludziom, popełnił by samobójstwo. 
-Owszem, zdarzają się ludzie, którzy twierdzą, że głodu Boga nigdy nie mieli. Być może to prawda, bo takich deklaracji doświadczalnie zweryfikować się nie da - mówiąc to nie spuszczał ze mnie wzroku - Musimy zatem wierzyć tym, którzy mówią, że wiary nie mają ani jej nie potrzebują. Jednak powszechność wiary w Boga jest tak ogromna, iż obojętność wobec niej lub tym bardziej brak pytania o Boga pozostają czymś osobliwym i bardzo dziwnym. Do Boga na ogół dochodzimy dwiema drogami, przy czym obie są wpisane w naturę człowieka.
- Zwrócić więc uwagę, że wszystkie dzieci rodzą się ateistami i nie mają pojęcia o Bogu. Każdy z nas urodził się ateistą. Fakt, iż jakiś pogląd jest szeroko rozpowszechniony, nie stanowi żadnego dowodu na to, że nie jest on całkowicie absurdalny. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że większość ludzkości jest zwyczajnie głupia, należy oczekiwać z dużym prawdopodobieństwem, iż powszechnie panujące przekonania będą raczej idiotyczne niż rozsądne. Z religią i bez niej dobrzy ludzie zachowują się dobrze, a źli - źle, ale żeby dobry człowiek czynił zło : do tego potrzeba religii.
- Nie możesz obwiniać Boga za błędy ludzi... - zmarszczył brwi - Źli sami sobie pracują...
- A te dzieci? - przerwałam mu - Te małe dzieci umierające w szpitalach, głodujące, gwałcone i poniżane, one również sobie na to zapracowały? - nie odpowiedział mi nic spuszczając wzrok, więc kontynuowałam - Największym wrogiem wiedzy nie jest ignorancja, tylko iluzja wiedzy. Religia jest pełna przemocy, nielogiczna, nietolerancyjna, nierozerwalnie złączona z takimi pojęciami jak rasizm, ustrój plemienny czy bigoteria; zakorzeniona w ignorancji i wrogo nastawiona do wszelkich prób poznawczych, pogardliwa wobec kobiet i narzucana dzieciom.Czy nie można widzieć po prostu, że ogród jest piękny, bez konieczności uwierzenia, że kryją się w nim wróżki?

- Nie porównuj tego tak - rzucił trochę oschlej, widocznie po części zdenerwowany już moimi wypowiedziami - Wiara podaje nam to, czego rozum nie może pojąć. Wierzyć można tylko wbrew całej historii i logice świata. Lecz na tym właśnie polega istota wiary: na negacji wszelkich argumentów przeciw istnieniu Boga. Wiara jest marzeniem, a więc czymś piękniejszym i doskonalszym od siły rozumu. Jest kwestią serca.
- W Boga nie wierzę i w jego sprawiedliwość też nie wierzę. Sami tu na ziemi musimy wymierzać sprawiedliwość. Już jako małe dziecko poczułam się zmęczona religią. Wierzę w ludzkość, wierzę w ludzi, ale nie wierzę w coś, czego istnienie przez tysiąclecia nie zostało potwierdzone absolutnie żadnym dowodem - przygryzłam lekko wargę, próbując dobrać słowa tak, aby go nie zranić - Odkryłam, że całkiem dobrą strategią, gdy ktoś pyta mnie, czy jestem Ateistką, jest uświadomić mu, że on również jest ateistą. Wszak nie wierzysz przecież w Zeusa, Apollona, Amona Ra, Mitrę, Baala, Thora, Wotana, Złotego Cielca ani w Latającego Potwora Spaghetti. Ja po prostu poszłam o jednego Boga dalej.
- W takim razie jaka jest Twoja teoria na to wszystko, całe piękno co nas otacza? - rozejrzał się wokół i znów spojrzał na mnie - Słucham więc.
- Spójrz na to tak: niesamowitym jest, że każdy atom naszego ciała pochodzi z gwiazdy, która eksplodowała. Atomy w naszej lewej ręce prawdopodobnie pochodzą z innej gwiazdy niż te w prawej. To najbardziej poetycka rzecz w fizyce: wszyscy jesteśmy gwiezdnym pyłem. Nie było by nas, jeśli gwiazdy by nie eksplodowały, ponieważ pierwiastki takie jak węgiel, azot, tlen, żelazo, wszystko, co jest istotne dla ewolucji, nie zostało stworzone u zarania czasu. Powstały one w nuklearnych paleniskach gwiazd, które były na tyle uprzejme by eksplodować, żeby te pierwiastki mogły się znaleźć w naszych ciałach. Dlatego zapomnij o Jezusie. Gwiazda umarła byś mógł być tu dzisiaj.
- Nie zgadzam się z Tobą - pokręcił przecząco głową - Nie masz racji.
- Masz prawo - uśmiechnęłam się do niego - Masz prawo się ze mną nie zgadzać, tak samo jak ja ma prawo nie zgadzać się z Tobą. Nie będę Cię przekonywać do swoich poglądów, jeśli mają one uczynić Cię nieszczęśliwym. Ta czy siak teraz jesteśmy zdani tylko na siebie. Na to co mamy tutaj, co możemy poczuć i dotknąć, cała reszta wyjdzie w praniu.
- Tu jesteście! - rozmowę przerwała nam biegnąca w naszą stronę Eva - Zasnęłam chyba - wdrapała się mi na kolanka i spojrzała na Michaela - Mike, kiedy ta niespodzianka?
- Jaka niespodzianka? - spojrzałam na nich pytającym wzrokiem wiedząc już dobrze, że Ci dwoje się zgadali i coś knują pod moją nieuwagę.
- Nie interesuj się bo kociej mordki dostaniesz - wystawił mi język - Dowiesz się w swoim czasie.


Rozmowa z Michelle dała mi wiele do myślenia. Nie potrafiłem zrozumieć, pojąć jej sposobu myślenia w tych kwestiach. Nigdy nie zastanawiałem się nawet nad tym czy i w co wierzy. Jej słowa mnie zaskoczyły, nie wiedziałem już nawet jak odpierać jej argumenty, podczas gdy moje ona zniżała do poziomu podkładu. Nie potrafiłem zrozumieć jak może być szczęśliwa z takim podejściem, nigdy nikt nie zasiał we mnie takiego ziarna wątpliwości w wszystko, tak jak ona to zrobiła.
Dzień minął nieubłaganie szybko. Słońce zaczynało powoli chować się za horyzont, a my z Evą postanowiliśmy wcielić w końcu swój nikczemny plan w życie.
- Jesteś pewna, że się kąpie? - spytałem dziewczynki chcąc się upewnić.
- Tak, znając mamę to szybko nie wyjdzie - zaśmiała się i otworzyła lodówkę - Ale duży!
- Świetny, nie? - uśmiechnąłem się od ucha do ucha wyjmując wielki tort z górnej półki - Pewnie myśli, że zapomnieliśmy o jej urodzinach.
- Pewnie sama o nich nie pamięta - rzuciła dziewczynka mocując się z pudełeczkiem gdzie były schowane świeczki.
- Poczekaj, pomogę Ci - rozdarłem papier starając się nie połamać przy tym żadnej świeczki - A teraz siadaj i układaj. Tylko nie podjadaj! - pogroziłem małej palcem, na co się zaśmiała.
- Zobacz - podała mi po chwili jakąś kolorową kartkę - Zrobiłam dla mamusi. 
- Śliczne - uśmiechnąłem się na widok kolorowej laurki, oglądając ją dokładnie w każdym calu - Zrobisz mi taką kiedyś? - objąłem dziewczynkę od tyłu całując w skroń i oddając prezent dla mamy.
- Pewnie! Kiedyś rysowałam laurki dla tatusia, na wypadek gdyby jednak wrócił. Mogę Ci taką zrobić, bardzo Cię kocham Mike - niespodziewanie przytuliła się do mnie oplatając swoimi małymi rączkami moją szyję.
Poczułem jak w oczach zbierają mi się łzy. Nie potrafiłem chyba pogodzić się z tym, że niektórzy odtrącają to, za co ja oddałbym wszystko. Za taką laurkę z napisem 'Dla taty', za codzienny uśmiech dziecka, jego bezwarunkową miłość i słowa 'kocham Cię tatusiu'. Co może być piękniejszego? W takich momentach właśnie chyba najbardziej uświadamiam sobie, jak bardzo widać w tym dzieło samego Boga.
- Michael chyba wyszła... - nagle oderwała się ode mnie i spojrzała w stronę wyjścia z kuchni.
Również usłyszałem jakieś szmery i jak poparzony rzuciłem się w stronę szuflady wyjmując zapałki i odpalając szybko wszystkie świeczki. Eva zgasiła szybko światło i podbiegła do mnie z wielkim uśmiechem na twarzy.
Nie czekaliśmy długo, jak do kuchni weszła niczego nieświadoma Michelle zapalając ze spokojem światło. 
- Niespodzianka! - krzyknęliśmy z Evą równocześnie, a kobieta aż poskoczyła łapiąc się lady, jakby z wrażenia miała zaraz upaść na podłogę. Zmierzyła nas wzrokiem po czym uśmiechnęła się i złapała dłonią za czoło.
- Kompletnie zapomniałam, że mam dzisiaj urodziny - zaśmiała się, po czym Eva jako pierwsza wystartowała przytulając się do mamy i składając jej życzenia.
- Zobacz co mam dla Ciebie - zadowolona wręczyła mamie laurkę - Podoba Ci się?
- Jest przepiękna, dziękuję kochanie - pocałowała ją w policzek i mocno przytuliła do siebie.
Gdy w końcu się od siebie odkleiły, Michelle spojrzała na mnie a ja mimowolnie się zaśmiałem, czując w sercu niepohamowaną radość.

- To chyba teraz moja kolej? - podszedłem do niej i przytuliłem mocno, szepcząc jej na ucho życzenia - Dużo zdrowia, radości, uśmiechu, szczęścia, miłości no i seksu - zaśmiała się, po czym ciszej dodałem tak, aby mogła tylko ona usłyszeć - Te dwa ostatnie to ze mną oczywiście miałem ma myśli.
- Głupek - walnęła mnie w ramię po czym pocałowała w policzek i znów mocno się do mnie przytuliła, chowając twarz w moje włosy.
- Prezent dostaniesz później - wymamrotałem odgarniając jej kosmyk włosów za ucho, patrząc prosto w jej błękitne niczym ocean oczy.
- Nie mogłeś mi dać lepszego prezentu niż to wszystko - rozejrzała się wokół po czym znów jej wzrok spoczął na mnie.
- Mamuś teraz świeczki! - pociągnęła ją nagle Eva za rękę w stronę stołu gdzie stał tort - Pomyśl życzenie - nakazała, na co Michelle przymknęła oczy na chwilę, po czym jednym wydechem zgasiła wszystkie na raz.
- O czym pomyślałaś? - spytałem stając obok niej.
- Nie mogę powiedzieć, bo się nie spełni - rzuciła mi triumfalny uśmiech po czym zajęliśmy się pałaszowaniem tortu.
Wieczór upłynął nam... Czy złym będzie określenie, gdy użyję słowa 'rodzinnie'? Tak, poczułem pierwszy raz od wielu lat, że mam rodzinę. Mam dla kogo żyć, uśmiechać się, z kim porozmawiać, mam przy sobie kogoś, kto nawet przez chwilę nie traktuje mnie jako gwiazdy. Czułem się przyjacielem, partnerem, kochankiem, a momentami przez Evę: nawet ojcem. Były dla mnie rodziną, której nie mogłem stracić.
- Jesteś już śpiąca? - rzuciła Michelle widząc jak dziewczynka ziewa, opierając się główką o moje ramię.
- Nie, muszę ograć Michaela - rzuciła ponownie kostką - Nie dam mu znów wygrać.
- Nie masz ze mną szans w Monopoly, mówiłem Ci - szturchnąłem ją delikatnie śmiejąc się - Ja się nie dam do bankructwa doprowadzić.
- Chodź kochanie i tak już kończymy grę - wyciągnęła do małej rękę, którą dziewczynka w końcu chwyciła. 
- Dobranoc Mike - ucałowała mnie jeszcze na koniec w policzek - Jutro Cię ogram.
- W takim razie czekam - zaśmiałem się - Wrócisz zaraz? - rzuciłem do Michelle gdy były już w drzwiach.
- Oczywiście - odpowiedziała mi posyłając jednocześnie uśmiech - Niedługo wrócę.
Gdy zniknęły mi z oczu zabrałem się za sprzątanie gry z podłogi. Po dziesięciu minutach gdy Michelle jeszcze nie było, podszedłem do lustra, naciągając kołnierzyk koszuli i spojrzałem na swoje plamki pod obojczykami. Przełknąłem głośno ślinę, całą swoją uwagę skupiając na jasnym przebarwieniu, przejeżdżając po nim palcem. Nagle poczułem jak ktoś przylgnął do moich pleców. Podniosłem lekko wzrok i w lustrze zobaczyłem Michelle przytulającą mnie od tyłu i wpatrującą się z uwagą na to co robię. Odwróciłem się do niej i już miałem coś powiedzieć, gdy ona przyłożyła mi tylko palec do ust i zapięła guzik od koszuli, zbliżając jednocześnie swoją twarz do mojej po czym szepnęła mi do ucha: 'nie doszukuj się niedoskonałości tam gdzie ich nie ma'. Spojrzałem jej prosto w oczy, zatrzymując po chwili wzrok na jej wargach, których smak znałem już na pamięć. Gdy już miałem ją pocałować odsunęła się obejmując rękoma brzuch, jakby się bała, że zrobię jej krzywdę.
- Mike... Ja nie mogę tak. To przeze mnie się rozstałeś z Lisą... To wszystko moja wina... - podszedłem do niej i złapałem za podbródek zmuszając by spojrzała na mnie swoimi już zaszklonymi oczami.
- Wiesz... Mam już tego po dziurki w nosie - zacząłem najpoważniej jak potrafiłem - Nie lubię jak ktoś kłamie, jak nie dotrzymuje słowa, jak zawodzi. Nie lubię, jak się zaczynam pozytywnie nastawiać po to, by za chwilę stwierdzić, że każda historia kończy się tak samo. Chcę mieć jasne wyjaśnienie. Chcę wiedzieć na czym stoję. Nie będę wiecznie czekać, nie mogę wiecznie stać w miejscu.  
- Czego ode mnie oczekujesz? - spytała z bólem w głosie - Co chcesz usłyszeć?
- Chcę decyzji - stwierdziłem prostując się, nie mogąc już znieść tej całej zabawy - Jeśli zechcesz, odejdę. Jedno Twoje słowo, a więcej mnie nie zobaczysz. 
- Nie... - szepnęła po czym rzuciła mi się na szyję, ściskając z ogromną siłą - Nie możesz...
- Dlaczego? - odsunąłem ją od siebie, starając się udawać obojętnego. Wiedziałem, że to jedyna teraz szansa, aby odzyskać wszystko, lub bezpowrotnie stracić - Sama mówiłaś, że masz Emilio, a ja tylko...
- Kocham Cię Michael - wymamrotała podłamującym się głosem, jakby naprawdę się bała, że chcę ją zostawić - Zawsze Cię kochałam, tylko Ciebie...
- W końcu to powiedziałaś - uśmiechnąłem się i z rozbiegu wpiłem się w jej usta, na których poczułem słony smak od pojedynczych łez - Nawet nie wiesz jak długo na to czekałem. 
- Codziennie Ci to powtarzałam Mike - przejechała dłonią po moim policzku - Codziennie Ci mówiłam że Cię kocham gdy pytałam: 'Jak się czujesz?' albo gdy kazałam Ci zapiąć pasy w samochodzie, lub cieplej się ubrać, abyś się nie przeziębił. Kocham Cię, można mówić na milion sposobów. Tylko trzeba uważnie słuchać.
- Pozwól teraz, że ja Ci pokażę jak bardzo Cię kocham - nie czekając na odpowiedź ponownie ją pocałowałem z jeszcze większą namiętnością.
Wplotła palce w moje włosy, a ja przygniotłem ją całym swoim ciałem do ściany, odbierając jakiekolwiek drogi ucieczki. Podwinąłem delikatnie jej top, przejeżdżając dłonią po nagim brzuchu. Zaśmiała się przerywając pocałunek i spojrzała mi prosto w oczy, zagryzając wyzywająco wargę.
- I co Panie Jackson? Chce Pan teraz posiąść moje ciało? 
- Chciałbym z nim zrobić wiele rzeczy, poza tą jedną... 
- Czy mam wrażenie, czy Pan mnie teraz prowokuje? - uśmiechnęła się drapiąc delikatnie paznokciami mój kark.
- Powiedz to jeszcze raz - zażądałem - Powtórz.
- Ale, że co?
- „Prowokujesz". Prowokująco układasz przy tym usta.
Uśmiechnęła się zalotnie i tym razem to ona pocałowała, przyciągając mnie jednocześnie do siebie za koszulę. Jej śmiałe ruchy zbudowały we mnie poczucie pewności siebie. Mimo wszystko nie chcąc niczego spieprzyć, starałem się nie być w jakikolwiek sposób wylewny. Wpadliśmy na korytarz, cały czas będąc w swoich objęciach i pochłonięci pocałunkiem, który zdawał się nie mieć końca. Gdy byliśmy już przy drzwiach mojej sypialni spojrzałem na nią niepewnie, odrywając na chwilę nasze usta. Widząc moje zawahanie sama nacisnęła klamkę i wciągnęła mnie za sobą do środka. 
Momentalnie przeniosłem swoje pocałunki z ust na jej policzek, skroń, aż w końcu na szyję, która była u niej jednym z najbardziej wrażliwych miejsc. Przymknęła oczy gładząc mnie delikatnie dłońmi wzdłuż linii kręgosłupa. Jej oddech momentalnie przyspieszył, a ja poczułem znajomy prąd przebiegający moje ciało.
Erotyka zawsze, nawet na drodze perwersji szuka związku ze świętością, którą dawno zgubiła. Oddawanie się erotyce, a wypowiadanie najskrytszych pragnień bez konieczności ich realizacji na jawie. Kobietę piękną można całować bez końca i nigdy nie trafi po raz drugi w to samo miejsce.
Poczułem nagle jak zaczyna powoli rozpinać moje guziki od koszuli. Uśmiechnąłem się obejmując ją i przyciągając mocniej do siebie. Gdy moja koszula znalazła się już na podłodze, nie czekałem dłużej i pewnym ruchem zdjąłem jej top ponownie zatapiając się w jej szyi. 
Czułem jak dostaje gęsiej skórki, a jej ciało drży przy każdym mocniejszym i śmielszym dotyku. Zsunąłem jej getry powoli, całując przy tym jej wibrujący od natłoku emocji brzuch. Nie pozostając mi dłużna zaczęła majstrować przy moim pasku od spodni, a ja czułem falę podniecenia za każdym razem, gdy jej dłonie przejeżdżały blisko mojego krocza. Gdy byliśmy już w samej bieliźnie Michelle pchnęła mnie na łóżko, po czym usiadła na mnie okrakiem, pokazując swoją dominację. Pozwoliłem jej molestować moją szyję, czując jak co chwilę zaciąga skórę zębami. Zjechała niżej całując mój tors. Zaśmiałem się widząc, jak całuje dokładnie i z osobna każdą plamkę na mojej skórze. Nie było przebarwionego miejsca, na którym by nie złożyła delikatnego muśnięcia wargami.
- I nigdy więcej nie waż mi się mówić coś na temat swojego wyglądu - rzuciła cicho podciągając się do góry i całując mnie ponownie w usta.
Zwinnym ruchem obróciłem ją tak, że tym razem to ona była na dole. Leżała na plecach, patrząc mi prosto w oczy świadoma tego, co zaraz się stanie. Włożyłem rękę pod jej plecy unosząc ją delikatnie do góry. Wiedząc o co mi chodzi uniosła się mocniej, dając mi dostęp do zapięcia od stanika. Rzuciłem niedbale jej górną część bielizny za siebie i kontynuowałem, przyglądając się jej z fascynacją. Znów zacząłem całować każdy milimetr jej ciała, zaczynając od ust, szyi, ramion, piersi, brzucha i w końcu wewnętrznej strony ud. Powoli chwyciłem za koronkę jej majtek, która mi teraz bardzo przeszkadzała. W ostatnim momencie jakby coś we mnie drgnęło. Tchórzyłem? Chyba po prostu się bałem, zwyczajnie bałem, że znów ją mogę stracić przez jakąś głupotę. Znów podciągnąłem się do góry i złożyłem drobny pocałunek na jej kącikach ust szepcząc drżącym głosem:
- Nie musisz... Nie musimy jeśli nie chcesz.
Uniosła lekko kąciki ust po czym znów złączyła nas w pocałunku, jakby chciała dodać mi otuchy i powiedzieć, że ona równie mocno tego pragnie. Miałem wrażenie, że nasze serca zaczynają bić tym samym rytmem. Poczułem jak chwyciła moją dłoń, zjeżdżając z nią niżej po swoim brzuchu, zatrzymując się na samym dole, gdzie zaczynała się ostatnia część garderoby jaka jej pozostała. Wiedziałem o co jej chodzi, jednak ona nie czekając, ani nie puszczając mojej dłoni wsunęła ją pod czarną koronkę, delikatnie wyginając się pod wpływem mojego dotyku. Napięcie zrobiło się nie do wytrzymania. Momentalnie wpiłem się w jej szyję, robiąc przy tym gwałtowny ruch dłonią między jej nogami. Jęknęła wbijając paznokcie w moje plecy, jednocześnie unosząc biodra by wzmóc nacisk mojej ręki.
Jak to powiedział Paulo Coelho: Największą rozkoszą nie jest sam seks, ale pasja, która mu towarzyszy. Wtedy seks tylko uzupełnia taniec miłości, lecz nigdy nie jest istotą sprawy. Jej napięcie z każdą chwilą rosło, czułem jak mocno uderzało jej serce. Im mocniejszy ruch wykonywałem dłonią, tym jej pośladki bardziej parły na mnie, na moje zniecierpliwione ciało. Gdy przejechała dłonią po wypukłości moich bokserek ciśnienie w moim podbrzuszu zaczęło się podnosić, koncentrować. Zacisnęła mocniej dłoń na mojej męskości, na co wydobyłem z siebie przytłumiony jęk rozkoszy. Wiedziałem, że nie ma mowy, bym mógł się dłużej powstrzymać. Byłem prawie pewny, że ślepnę na moment. Resztki kontroli gdzieś umykały. Zacisnąłem zęby. Pragnęliśmy oboje przyjemności niezmierzonej, nieokiełznanej. Żądaliśmy czegoś żywiołowego i pierwotnego. W końcu pozbyliśmy się dolnej części swojej bielizny.  Zjechałem pocałunkami na sam dół po jej brzucha, aż do najważniejszego punktu. Czując mój wilgotny język między nogami zaczęła się delikatnie wić, nie mogąc zapanować nad ciałem. To cudowne napięcie rosło z każdą sekundą rozkoszy jaką jej zadawałem. Gdy dźwięk jej jęków się podniósł się - przestałem, wiedząc że w ten sposób zaraz doprowadzę ją na sam szczyt czego nie chciałem. Wolałem dać jej tę rozkosz w lepszy sposób. Podciągnąłem się do góry odnajdując na nowo jej usta. Była teraz tak rozpalona, że miałem wrażenie jakby z jej ciała unosiła się para. Całe jej ciało zdawało się krzyczeć i oznajmiało, że jest gotowa.
Miękki materac i pachnąca pościel. A między nimi my, spragnieni siebie i rozkoszy. Była gotowa - nie czekałem, zresztą czułem jak próbuje naprzeć na moje ciało, domagając się abym dał jej wszystko co miałem. Położyłem się na niej i pocałowałem głęboko. Szarpało nami pragnienie i żądza. Niecierpliwość nie pozwalała nam na nic więcej, to po prostu musiało nastąpić teraz.
Gdy tylko nasze ciała zaczęły łączyć się w jedność, od razu usłyszałem jak jej odgłosy zmieniają amplitudę. Trochę zwolniłem, bawiąc się barwą jej jęków. Czy to nie zabawne,  że można dowolnie sterować czyimś ciałem właśnie z tego jednego miejsca?
Nie minęła chwila, a już moje ciało czuło, a ucho słyszało jak szczytowała. Za każdym razem zwalniałem i składałem na jej policzkach wtedy drobne pocałunki, nie chcąc zadać jej bólu. Wiedziałem jak ciało kobiety jest wrażliwe w tym momencie, jak ważna jest ostrożność, by czerpała z tego jak największą przyjemność. Gdy jej ciało i umysł wracało do normy na nowo starałem się narzucać rytm, nie dbałem o pułapki niebezpiecznej prędkości i wtedy poczułem, jak i w końcu u mnie nadchodzi fala, jak rośnie na horyzoncie, potężnieje, poraża ogromem i nieuchronnością. Zbyt trudno było złapać mi oddech i opanować drżenie całego ciała. Palce dygoczą jak w febrze. Zęby szczękają, wargi sinieją. Wziąłem głęboki, uspokajający wdech. Przez moment się bałem, że spuszczę się niczym dotykany po raz pierwszy prawiczek. Nie mam pojęcia, skąd u mnie to zdenerwowanie. Poczułem jak jej dłonie dociskają moje pośladki do dołu, by wzmóc nacisk.
- No dalej - szepnęła widocznie widząc, że i mnie chce wreszcie dopaść fala największego uniesienia. 
Oboje jękneliśmy, szczytując na koniec w tym samym momencie. Najpiękniejszy finał tańca, jaki można by sobie wyobrazić. Jakby cała scena pulsowała pod Twoje kroki. Opadłem na nią zmęczony, czując jak moje oblane potem ciało przykleja się do jej ciała, które wciąż jeszcze drżało.
Obróciłem się na plecy obok niej. Automatycznie wtuliła się w moje ciało, a ja złożyłem na jej czole czuły pocałunek, wpatrując się w jeden punkt na ścianie.
- Pamiętasz jak Ci powiedziałam, że nie powiem Ci jakie życzenie pomyślałam? Bo bałam się że się nie spełni?
- Owszem.
- Właśnie się spełniło - uśmiechnąłem się i cmoknąłem ją delikatnie w kącik ust.
- Zapomniałem całkowicie - sięgnąłem ręką do szuflady obok łóżka, wyciągając z niej srebrne pudełeczko - Wszystkiego najlepszego.
- Dla mnie? - spojrzała niepewnie biorąc ode mnie prezent. Otworzyła je i z uwagą się przyglądała zawartości, jakby bała się, że może uszkodzić podarunek.
- Michael, musiała kosztować fortunę...
- Kazałem zrobić na zamówienie, każdy szczegół Irysa jest zachowany
Na pomysł o tej broszce wpadłem, gdy byliśmy razem w stajni u Max'a. Chciałem dać jej coś unikatowego, co będzie jej przypominać o tym co kocha najbardziej, będzie jej przypominać o pasji i dawnym życiu, za którym wiedziałem jak bardzo tęskni.
- Jest przepiękna... - szepnęła przejeżdżając palcem po błyszczących kamieniach, zatopionych w białym złocie - Dziękuję - pocałowała mnie namiętnie w usta.
- Mogę mieć prośbę? - wyrwałem nagle.
- Oczywiście.
- Obiecaj mi... - zacząłem zmęczonym głosem, gubiąc się we własnych słowach.
- Tak? - spojrzała na mnie z czułością - Co mam Ci obiecać?
- Że już nigdy nie znikniesz, nie zranisz mnie, nie zostawisz i nie porzucisz. Będziesz ze mną zawsze, będziesz moja i tylko moja, do samego końca.
- A czymże jest ten koniec?
- Do śmierci - spojrzałem na nią bojąc się odpowiedzi - Po prostu abyś była już na zawsze.
- W takim bądź razie obiecuję Ci... - przerwała na chwilę cmokając mnie krótko w usta - Że będę z Tobą na zawsze, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

***

Komentarz = to motywuje!

***

Misiaki na koniec mały 'komentarz' ode mnie:
Mam nadzieję, że nie uraziłam nikogo rozmową Miśki i Michasia na pokładzie, tą w kwestii wiary i niewiary. Oczywiście nie miało to na celu nikogo do niczego nakłaniać ani przekonywać, bo jak nawet Michelle powiedziała na koniec rozmowy tamtej: "Masz prawo się ze mną nie zgadzać."
Ja jak większość z was wie - mam do tego podejście takie, jakie przedstawiała Miśka (jej zdanie jest moim własnym), więc jej 'teorie' na ten temat pisało mi się znacznie łatwiej, niż argumenty Michasia. Pomysł z tą rozmową przyszedł mi nagle w trakcie pisania rozdziału. Chyba potrzebowałam gdzieś po prostu wylać po części co myślę o tym wszystkim, a że Miśka to takie moje lustrzane odbicie, to dlaczego nie poruszyć tematu?
No i macie też te wyczekiwane seksy xD
Wiem, że wolicie zawsze oczami MJ więc proszę bardzo, aczkolwiek i tak jakoś nie jestem z tego opisu zadowolona. Mam wrażenie że jest za długi, za dużo w nim szczegółów 'cielesnych' a mniej uczuciowych. Mimo wszystko odniosę się do pewnej MOJEJ kwestii, aby uprzedzić przed hejtem w temacie opisu stosunku. Jako osoba... Hm, która wie o czym mówi/pisze - piszę tak a nie inaczej. Dla niektórych sytuacje gdy się dotykali lub mówiąc kolokwialnie 'robili dobrze', a mówiąc jeszcze lepiej 'gra wstępna' - w moim odczuciu seks bez tego, to nie jest seks. Chciałam to zaznaczyć, gdyż dziwi mnie gdy słyszę że: Bosz jak można że dotykać, wsadzić rękę w gacie (nie wspominając o 'językowych' kwestiach). To ja się pytam jak ma wyglądać seks? Buzi tu i tam i potem co? Włożyć - Wyjąć - Włożyć - Wyjąć i tak aż do orgazmu? W tym właśnie nie ma uczucia. Gra wstępna pomaga nam pozbyć się bariery wstydu, sprawia przyjemność i doprowadza do stanu, którego jak ktoś kiedyś nie przeżył - ja słowami ująć nie umiem. Od pocałunków samych nie da się zrobić tak jak powinno: partnera powinno się wprowadzić do innego świata, żeby usta siniały a ręce drżały jak w delirce, trzeba go przygotować  (mówię głównie o kobitkach, bo jak sb wyobrażam stosunek bez takiego przygotowania itd to aż współczuję takim kobietom, jak myślę to aż mnie zabolało xD). Seks to ma być szaleństwo w którym człowiekowi odbiera wszystkie zmysły a w aktach dotyku (bez względu czy to ręka, język czy inne pierdy) jest też uczucie. No ale jak ktoś nigdy nie doświadczył to ciężko zrozumieć o czym mówię.
Chcę tylko uświadomić, aby nie było problemów że tak dokładnie opisałam całe zajście. Same pocałunki to nie jest nawet namiastka tego. Owszem jest to ważne bo seks z miłości różni się od tego jaki można zobaczyć w tanim pornolu. Zresztą sami się przekonacie, bo ja sama kiedyś miała podejście jak większość, w praktyce wszystko się zmienia:) Nikomu nie narzucam swojej racji - zróbcie z tym co chcecie. Ja mam chociaż po tym rozpisaniu spokojne sumienie:)
No ale jak zawsze końcową ocenę pozostawiam wam:P
Pozdrawiam i zapraszam do oceny!

~~~~~

"Proszę, wyszeptaj mi, że się mylę, zrób to...
zanim zdecydowanie i nisko Cię pochylę."


sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział 18



No i macie kolejny rozdział!<3
Myślę, że jest całkiem całkiem pozytywny i wam się spodoba :D
Ja wiem, ja lubię tym dwoje życie utrudniać xD Ale dzięki temu właśnie pewnie to czytacie ciągle i jesteście ze mną za co wam ogromnie dziękuję!<333
Mam takie pytanie: Czy ktoś z was czytelników ma rodzinę lub znajomych mieszkających we Fracji? Chodzi mi o Paryż lub lazurowe wybrzeże. Wybieram się na majówkę na 8 dni na stopa do Francji i szukam na miarę możliwości aby po paru dniach spania w namiocie i dworcach móc gdzieś jedną noc chociaż przeżyć xD Nie macie pojęcia jak na takich wyprawach człowiek docenia ciepłą wodę i kawałek podłogi xD
Obiecuję, że nie zajmę dużo! Kawałek dywanu albo kafelka w kuchni wystarczy ;3
PS: Tak, czyli przygotujcie się że na majówkę znów bd na blogu przerwa od rozdziałów na 8-9 dni xD
Pozdrawiam i zapraszam do czytania i oceny!<3


~~~~~

Złe rozstanie zabiera wszystkie wspomnienia pozostawiając wrogość i nienawiść. Dobre zakończenie pozwala pamiętać wszystkie piękne chwile, wszystkie szczęśliwe momenty, ale nie pozwala zapomnieć, potęgując ból tęsknoty. Nienawiść niszczy marzenia, tęsknota pozostawia je przy życiu dając im nadzieję. Ja nie potrafię zapomnieć, nie potrafię wyrzucić wszystkich wspomnień, ale chyba też nie potrafię z nimi żyć. Wczorajszy szczęśliwy dzień został zabrany, a teraźniejszość staje się dla mnie już po prostu nieznośna.
Siedziałem na tylnym siedzeniu w limuzynie, wyczekując Michelle z Evą, które powinny zaraz być. Dzisiejsza poranna kłótnia z Lisą strasznie źle wpłynęła na moje samopoczucie. Zauważyła rozcięcie na mojej dłoni, które było spowodowane wczorajszą bójką z Emilio. Nie chcąc jej okłamywać powiedziałem po prostu prawdę, która najwyraźniej zabolała ją bardziej niż mogłem sobie wyobrazić. Miałem już dość ciągłych awantur, krzyków – gdyż normalna rozmowa ostatnio była chyba niemożliwa. Tak bardzo byłem pogrążony w własnych myślach, że nawet nie zauważyłem kiedy Michelle z Evą pojawiły się przy limuzynie. Szybko wypadłem z auta wpuszczając je do środka. Złożyłem na policzku Michelle delikatny pocałunek na powitanie, który chyba lekko zbił ją z tropu, gdyż oblała się delikatnym rumieńcem.
- Michael, bardzo Cię boli? – spytała Eva gdy pojazd ruszył już w kierunku cmentarza. Również zauważyła niewielką ranę na kostkach na mojej dłoni. Uniosłem  lekko kąciki ust i odparłem:
- Nie, nie boli – pogłaskałem ją po policzku – Co wy na to, aby zrobić dzisiaj pizze? – spojrzałem w stronę kobiety uśmiechając się zadziornie.
- Uwielbiam pizzę! – dziewczynka zaklaskała w dłonie.
- Chcesz nasz wszystkich otruć? – oczywiście gdyby Michelle nie rzuciła w moją stronę jakiejś docinki, nie byłaby sobą – Wiesz w ogóle jak to się robi? – zaśmiała się.
- Nikt nie robi lepszej pizzy ode mnie – zmierzyłem ją wzrokiem przygryzając zalotnie wargę – Jeszcze będziesz prosić o dokładkę.
- To może Ty się z powołaniem minąłeś? Powinieneś w pizzerii robić, a nie na scenie fałszować.
- Ja fałszuję? – zaśmiałem się – Dobre sobie.
- Zobaczymy dzisiaj na co Cię stać kucharzyku – puściła mi oczko nie mogąc ukryć cisnącego się na jej usta uśmiechu.
Musiałem być czujny. Wiedzieć jakich pytań nie zadawać. Kiedy milczeć, dotykać, kiedy być, a kiedy zniknąć. Chciałem by była pewna, że będę dokładnie wtedy i w takim stopniu ,żeby mnie czuła, a jednocześnie za mną tęskniła.



Po wizycie na cmentarzu pojechaliśmy prosto do Neverlandu. Eva nie mogła wprost się odkleić od Michaela. Brakowało jej chyba mężczyzny w jej życiu, po prostu brakowało jej ojca, który otoczyłby ją miłością, zapewnił bezpieczeństwo i po prostu był bez względu na wszystko. Mimo iż dawałam jej wszystko co mogłam, starałam się aby nie odczuwała braku jednego z rodziców, to wiem, że nigdy nie będę w stanie jej zastąpić taty.
- Wszystko gra? – Mike spojrzał na mnie z troską.
- T… Tak. Zamyśliłam się tylko – posłałam mu fałszywy uśmiech.
Ostatnimi czasy widzę, jak coraz bardziej mu ulegam. Pozwalam mu być blisko siebie, mimo iż obiecałam sobie, że nie dopuszczę do złamania pewnych reguł. Problem chyba tkwił w tym, że to ja coraz bardziej za nim tęskniłam… Nie potrafiłam, nie chciałam się od niego odsuwać a wręcz odwrotnie  - pragnęłam go coraz bardziej i bardziej.
Gdy limuzyna zatrzymała się, wysiadłam i niepewnie rozejrzałam się po posiadłości.
- Nie ma jej – odparł Michael, najwyraźniej domyślając się o co mi chodzi – Pojechała do studia, nie wróci do wieczora.
- Nie chcę Ci robić kłopotu – szepnęłam spuszczając wzrok, a on ujął moją twarz w dłonie podnosząc i zmuszając tym samym, bym na niego spojrzała.
- Nigdy nie byłaś dla mnie kłopotem – ucałował mnie w czoło, po czym we trójkę weszliśmy do posiadłości.
Evie oczywiście zapał do gotowania minął tak szybko jak się pojawił. Michael na jej prośbę włączył jej w salonie jakąś bajkę, a sami poszliśmy zrobić tą nieszczęsną pizzę.
- Od czego zaczynamy? – zapytał Mike wchodząc do kuchni – Mamy pieczarki, szynkę, ser, kukurydzę…
- Panie kucharz o cieście nie zapomnij – zaśmiałam się opierając o blat – Chyba, że zamiast pizzy sałatkę chcesz zrobić.
- Bardzo śmieszne – pogroził mi palcem i zaczął wyjmować składniki z lodówki.
- Po co Ci majonez? – spojrzałam na niego jak na wariata – Serio sałatkę chcesz robić?
- To na sos – zaśmiał się – Jak pizza to z sosem czosnkowym. 
- Będziesz walić na kilometr.
- A co, masz w planach się ze mną całować, że będzie Ci to przeszkadzać? – przygryzł wargę szczerząc się głupkowato.
- Dawaj już te składniki lepiej – podeszłam do niego i zaczęłam ustawiać wszystko na blacie – Przyprawy gdzie masz?
- Powinny być w szafce na górze – wskazał brodą na mebel. 
Wyjęłam z niej przyprawy do pizzy oraz sosów. Spojrzałam na Michaela, który wyraźnie szukał czegoś uparcie zaglądając do każdej szuflady. Oparłam się o stół i przyglądałam mu się z uwagą, próbując się nie roześmiać.
- Mogę wiedzieć czego Ci brakuje? – w końcu nie wytrzymałam i spytałam.
- Nie mam pojęcia gdzie Isa trzyma mąkę – podrapał się po głowie – Chyba muszę do niej zadzwonić.
- Poczekaj, pomogę Ci – pokręciłam głową i zabrałam się za penetrowanie szafek w poszukiwaniu mąki – A nie ma w spiżarni, kotłowni czy co wy tam macie?
- Nie mam pojęcia, Isa zawsze rządziła w kuchni więc…
- Dobra dzwoń do niej bo prędzej z głodu umrę, niż  Ty się zorientujesz gdzie co masz.
Wyszedł z kuchni wybierając numer swojej gosposi. Opadłam na krzesło rozglądając się po pomieszczeniu z uwagą. Kuchnia była niezwykle duża i jasna. Wszędzie panował idealny porządek, widać było, że Isabella dba o to miejsce tak jak powinna.
- Była na dole w piwnicy – rzucił wchodząc do środka i machając paczką mąki przed sobą – To Ty szykuj składniki, a ja się zajmę ciastem.
- Pewny jesteś? – zmierzyłam go wzrokiem – Może to ja się ciastem zajmę.
- Nie, za słaba jesteś do tego – zaśmiał się widocznie zadowolony z siebie – To zostaw mnie.
- Masz rację… Ciągle na ręcznym jechać musisz to pewnie rączki masz teraz nieźle wyćwiczone – wystawiłam mu język w zamian za co rzucił we mnie plastrem szynki.
- Odwołaj to! – zaśmiał się biorąc do ręki kolejną porcję jedzenia, gotowy do wyrzutu w moim kierunku – Jeszcze będziesz chwalić te ręce.
- Twoje niedoczekanie – wzięłam plaster sera celując dokładnie w sam środek twarzy naszego Króla.
Jak zapewne można było się spodziewać: rozpoczęła się wojna na jedzenie. Rzucaliśmy się wszystkim co było pod ręką: szynką, pieczarkami, serem – aż w końcu Mike zrobił coś, czego się kompletnie nie spodziewałam….
- Żartujesz – obiegłam stół na drugą stronę chowając się przed tym wariatem – Odłóż tą mąkę…
- Sama się o to prosiłaś – wskoczył na stół i już po chwili mnie dopadł. Usłyszałam tylko nad sobą huk, aż nagle wszystko wokół mnie zaszło jakby gęstą mgłą.
-IDIOTO!!! – wrzasnęłam otrzepując się z mąki, którą miałam dosłownie wszędzie – Czy Tobie całkiem już się poprzestawiało w tej durnej łepetynie?!  
- Oj wyluzuj – zaśmiał się sam strzepując z siebie biały puch – No i musze iść po nowe opakowanie… Widzisz to Twoja wina.
- Że co słucham? – zmierzyłam go wzrokiem i sama nie wiem kiedy chwyciłam karton z mlekiem. Otworzyłam go i nim Mike zdążył się zorientować co chcę zrobić, chwyciłam za jego spodnie odchylając je i wlałam mu zawartość kartonu prosto na krocze.
- Zwariowałaś?! – krzyknął odskakując ode mnie jak poparzony, a ja prawie się tarzałam ze śmiechu – Jak ja teraz wyglądam?
- Jakbyś się posiusiał… - znów nie mogłam się uspokoić i śmiałam się jak opętana – Oj Mike, chyba pora w pampersy zainwestować.
- Niech ja Cię dorwę… - zaczęłam uciekać, ale już po paru krokach złapał mnie od tyłu i wrzucił na stół. Leżałam na plecach, a Michael wisiał nade mną cały brudny od mąki – I co teraz?
- Teraz mogę śmiało stwierdzić, że z Ciebie dupa a nie kucharz – zaśmiałam się – No i że chyba trochę Ci się mokro w spodenkach zrobiło, wiesz ja wszystko rozumiem… No ale żeby tak od razu taką ilością białego, że aż po nogawce Ci poszło? – znów wybuchliśmy śmiechem.
Nagle jego wzrok zatrzymał się na moich wargach, a nasz śmiech momentalnie zmienił się w milczenie. Spojrzał mi prosto w oczy, jakby pytał o pozwolenie, a jednocześnie chciał tym powiedzieć, jak bardzo tego pragnie.
Zbliżył swoją twarz do mojej, nie spuszczając ze mnie wzroku nawet na sekundę. Poczułam jak jego ciało zaczyna wgniatać mnie delikatnie w stół, a ja prosiłam w duchu, aby się nie odsuwał nawet o milimetr. Poczułam na szyi jego ciepły oddech. Przez moje ciało zaczęły przepływać tak dobrze znane wibracje, a jego usta będąc tak blisko kusiły jak nigdy. Nie spuszczaliśmy z siebie wzroku, jakbyśmy się sprawdzali, które szybciej się złamie. Czułam jakby czas stanął w miejscu. Mimo iż nasze usta jeszcze się nie zetknęły, już czułam na wargach jego smak. Toczyłam wewnętrzną walkę ze sobą, wiedząc że mogę później tego żałować. Serce chciało mi wyskoczyć z klatki piersiowej, domagając się tego, co uważałam za zakazane. Nie mogłam znów mu się oprzeć, to było silniejsze niż cokolwiek innego, po prostu wplotłam szybkim ruchem dłonie w jego włosy i przyciągnęłam do siebie, wtapiając się zachłannie w jego usta.
Jest taki moment, w którym obydwoje unosząc się gdzieś ponad ziemią w zmysłowym uniesieniu, upajając się dotykiem swoich ciał, nagle ponad wszystko zaczynamy odczuwać pragnienie pocałunku, szukamy swoich ust aby się w nim spełnić, a wtedy w tym pocałunku jest wszystko: namiętność, miłość, porządnie, wdzięczność, piękno... Bezgranicznie oddajemy się sobie nawzajem. Istnieje tylko cudowność dotyku naszych ciał i ust. Chyba nigdy moje usta nie dotykały niczego tak pięknego, jak jego usta w tamtej chwili.
Sama byłam zaskoczona swoją reakcją. Poczułam, jakby coś we mnie momentalnie pękło. Tak jak lina się zrywa, tak jak błyskawica przecina niebo, tak jak ptak wzbija się do lotu. To był moment, impuls, wszystko czego chciałam, czego pragnęłam w tamtej sekundzie. Domyślałam się jak bardzo jest usatysfakcjonowany, że tym razem to ja odbiłam piłeczkę, tym razem to ja pokazałam jak bardzo tęsknię i go pragnę. W tamtej chwili nie liczyło się zupełnie nic. Czułam się jak w transie, odłączona całkowicie od świata zewnętrznego. Jednak w pewnym momencie usłyszałam jakiś trzask, musiało minąć trochę czasu nim zorientowałam się, że był to dźwięk zamykanych drzwi. Oderwaliśmy się z Michaelem od siebie pewni, ze to Eva weszła do nas do kuchni. Zeskoczyliśmy ze stołu i spojrzeliśmy w stronę, z której dobiegał dźwięk. W tamtej chwili serce mi zamarło, oddech się zatrzymał a źrenice poszerzyły do granic możliwości.
Lisa stała oparta o drzwi, przyglądając się nam z bólem wymalowanym na twarzy. Gdy w jej oczach pojawiły się łzy dopiero uświadomiłam sobie do czego doprowadziłam. Spojrzałam na Michaela, który nie spuszczał wzroku z kobiety. Zerwałam się momentalnie z miejsca i wybiegłam z kuchni wymijając Lisę w progu. Wleciałam do salonu, gdzie siedziała moja córeczka zapatrzona w telewizor.
- Eva zbieraj się, musimy jechać - starałam się mówić jak najbardziej spokojnie, nie chcąc wzbudzać w małej jakichkolwiek wątpliwości - Kochanie pospiesz się.
- Ale co się stało? Czemu tak szybko? - spojrzała na mnie zeskakując z kanapy i patrząc na mnie ze zdziwieniem - Mamusiu... Dlaczego jesteś cała biała? - spojrzałam na siebie i chwytając ją za rękę rzuciłam:
- To mąka, paczka wybuchła mi w rękach - skłamałam otrzepując się - Chodź kochanie nie ma czasu.
- A co z pizzą? Przecież...
- Eva proszę - spojrzałam na nią błagalnym wzrokiem.
Nic więcej nie mówiła. Opuściłyśmy posiadłość łapiąc szybko taksówkę, którą wróciłyśmy do domu Natali. Gdy przyjeżdżałam na LA obiecywałam sobie, że do tego nie dojdzie. Nie spotkam Michaela, nie będę z nim rozmawiać, utrzymywać jakiegokolwiek kontaktu... I co? Dokąd to musiało zajść?
Byłam na siebie wściekła. Gdybym nie uległa, nic by się nie stało. Lisa by nas nie przyłapała, nie widziałaby tego wszystkiego. Po raz kolejny niszczę mu życie. Co ze mną jest nie tak?


Stałem zapatrzony w Lisę, nie mogąc wydobyć z siebie ani jednego słowa. Wiedziałem, że zabolało ją to co zobaczyła. Nigdy nie chciałem aby cierpiała, nie chciałem aby to wszystko potoczyło się w taki sposób. Weszła w głąb kuchni i oparła się o blat na przeciwko mnie. W końcu podniosła wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. 
- Nie będę się usprawiedliwiać - szepnąłem zagryzając nerwowo wargę - To ja sprowokowałem sytuację. Zaprosiłem ją i...
- Wiem - rzuciła obojętnie - Michael, chyba powinniśmy skończyć tę całą szopkę...
- Dlaczego mówisz to tak spokojnie? - spojrzałem na nią - Myślałem że pół kuchni rozniesiesz po tym co widziałaś.
- Nie - pokręciła przecząco głową - Ja wiedziałam, że Ty w sercu masz tylko i wyłącznie ją. Oszukiwaliśmy siebie już dużo wcześniej, nim Michelle się zjawiła w LA. Gdy się przyjaźniliśmy, mogliśmy rozmawiać ze sobą godzinami, a teraz? Albo kłótnie albo grobowa cisza. Powiedz Ty szczerze, kochasz mnie?
- Kocham - mówiłem spokojnym głosem - Kocham Cię jak siostrę, jak przyjaciółkę - kobieta podeszła do mnie i przytuliła się mocno.
Objąłem ją i przymknąłem oczy czując wyraźną ulgę. Skrzywdziłem ją, ale zrozumiała. Poczułem jak w moich oczach zbierają się łzy. Sam nie wiem czy z wyrzutów sumienia czy ze szczęścia, że Lisa mnie nie znienawidziła.
- Przepraszam Cię - szepnąłem jej do ucha - Strasznie przepraszam... Nie chciałem Cię okłamywać.
- Ja też nie jestem bez winy - odkleiła się ode mnie i spojrzała na mnie z troską - Ja też nie grałam fair. Wychodziłam z domu i widywałam się z innymi mężczyznami. Krzywdziłam Cię celowo... Oboje zachowywaliśmy się jak dzieci zamiast usiąść i poważnie porozmawiać.
- Nie chcę Cię stracić...
- Nie stracisz Mike - uniosła lekko kąciki ust - Zawsze będę blisko. Chcę abyś był szczęśliwy a widzę, że Twoje szczęście jest bardzo blisko, tylko musisz wyciągnąć po nie w końcu porządnie rękę i chwycić z zamiarem, że nigdy go już nie wypuścisz.
- Dziękuję - tym razem to ja do niej podszedłem i przytuliłem się niczym małe dziecko.
- A teraz mi powiesz... - oderwała się ode mnie i uśmiechnęła szeroko - Znam Cię i ta mąka wszędzie mnie nie dziwi, ale Twoje mokre krocze trochę mnie zaczyna niepokoić.
- Co? - spojrzałem na swoje spodnie i zaśmialiśmy się - Nie, to tylko mleko, znaczy takie z kartonu... - znów wybuchnęliśmy śmiechem.
- Dobra, nie tłumacz się już lepiej - wychodząc z pomieszczenia rzuciła w progu jeszcze - Michael... Nie trać czasu, tylko przebież się i jedź za nią. Nie marnuj czasu.
- Jeszcze raz Ci dziękuję - ucałowałem ją w czoło na pożegnanie - Nie musisz się wyprowadzać. Możesz zostać w Neverlandzie tyle, ile zechcesz.
- Nie... Jutro się spakuje i na dniach znikam. Poza tym, prawdopodobnie nie będę wracać do domu a przeniosę się do Aleca.
- Aleca? - zmarszczyłem brwi unosząc kąciki ust.
- Spokojnie, poznam was niedługo - puściła mi oczko i wyszła z pomieszczenia zostawiając mnie samego ze swoimi myślami.
Opadłem na krzesło chowając twarz w dłoniach. Już dawno powinniśmy z Lisą to skończyć. Brakowało nam chyba tylko odwagi, chęci na szczerą rozmowę. Przyzwyczajenie trzymało nas przy sobie, nic poza tym. W końcu zebrałem się w sobie i biegiem ruszyłem do łazienki, chcąc jak najszybciej zmyć z siebie mąkę i pojechać do Michelle.


Ubrany w czyste ciuchy wsiadłem w swój prywatny samochód i ruszyłem w kierunku centrum LA. Ulice były zakorkowane i droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Trąbiłem, próbowałem się przeciskać ale na nic. W pewnym momencie miałem już ochotę zostawić auto na środku drogi i pobiec pieszo. Czekając na ostatniej już krzyżówce na czerwonym świetle wyjrzałem przez szybę, obserwując idące akurat dwie dziewczyny ulicą. Miały może około 16 lub 17 lat. Ubrane dość wyzywająco, szły i śmiały się z czegoś. Nagle wzrok brunetki spoczął w moim kierunku, a nasze spojrzenia się spotkały. Dziewczyna zaczęła coś krzyczeć i biec w moją stronę. Dopiero sobie uświadomiłem, że poza kapeluszem i okularami nie mam na sobie żadnego przebrania. Spojrzałem na sygnalizację świetlną, która ciągle pokazywała czerwone. Gdy kobieta była już kilka metrów od auta i słyszałem wyraźnie jak krzyczy moje imię i nazwisko, ruszyłem z piskiem opon nie zważając na to, że wjeżdżam na krzyżówkę między rozpędzone auta z innych stron. Rozległo się trąbienie, a ja w ostatniej chwili wyminąłem jakieś BMW, z którym o mały włos bym się nie zderzył. Wyjeżdżając na prosto spojrzałem w lusterka, czy nie jedzie za mną policja. Uśmiechnąłem się sam do siebie wiedząc, że się udało. 
Zaparkowałem jak najbliżej wejścia i biegiem ruszyłem z samochodu w stronę budynku, chcąc znów uniknąć rozpoznania mojej osoby. Będąc pod drzwiami wziąłem głęboki oddech i zapukałem, czując jak wali mi serce.
- Michael? - otworzyła mi wyraźnie zdziwiona Natalia, której na mój widok automatycznie wpełzł uśmiech na usta - Do Michelle przyjechałeś?
- Jest w domu? - przygryzłem wargę - Musze z nią porozmawiać.
- Jasne, właź - wpuściła mnie do środka i zlustrowała wzrokiem - Nie żebym była wścibska, ale był u Ciebie w domu jakiś wybuch?
- Co? - spojrzałem na nią zdziwiony - O czym mówisz?
- O tym że Miśka wyglądała jak bałwan gdy wróciła, podobno taksówkarz jej nie chciał do auta wpuścić tak się z niej mąka sypała - zaśmialiśmy się - Jest w łazience teraz, kąpie się. Chcesz coś do picia?
- Herbatę - posłałem jej słaby uśmiech i udałem się za kobietą do kuchni, gdzie przy stole dostrzegłem jedzącą coś Evę.
- Michael! - dziewczynka dojrzawszy mnie zostawiła jedzenie i podbiegła uwieszając się na mojej szyi - Mamusia mówiła, że musimy iść... Pokłóciliście się?
- Nie kochanie, nic się nie stało - odgarnąłem jej kosmyk włosów za ucho - Spakowana na jutro? Z samego rana wypływamy.
- A jak mamusia się nie zgodzi? - spojrzała na mnie smutno - Ja bardzo chcę płynąć.
- Zgodzi się, zostaw to mnie - pocałowałem ją w czółko i wstałem z kolan - A teraz jedz ładnie wszystko do końca. 
Spojrzałem na Nat, które stała przy kuchence czekając aż woda się zagotuje. Przyglądała się nam dokładnie, co mnie trochę zdziwiło, jednak moje rozmyślenia przerwała Michelle wchodząca do kuchni, ubrana w pomarańczowy sweter, odkrywający jej długie nogi.
- Nat czy mogę... - przerwała gdy dojrzała mnie opartego o ścienę - Co Ty tutaj robisz?
- Przyszedłem porozmawiać.
- Chyba nie ze mną powinieneś teraz rozmawiać - dostrzegłem w jej oczach ból. Wiedziałem, że czuje się winna całej tej sytuacji - To nie jest...
- Nie marudź tylko chodź - złapałem ją za nadgarstek i pociągnąłem w stronę jej sypialni, zostawiając Evę z Natalią w kuchni.
Zamknąłem za sobą drzwi i spojrzałem na kobietę, która już otwierała usta by coś powiedzieć, ale nie dałem jej wydobyć z siebie żadnego dźwięku gdyż z rozbiegu wtopiłem się w jej usta ujmując jednocześnie jej twarz w swoje dłonie. Odwzajemniła, jednak po chwili odsunęła mnie spuszczając wzrok.
- Mike nie mogę... Przepraszam za to co się dzisiaj stało.
- Kocham Cię - szepnąłem podchodząc do niej i przytulając delikatnie do siebie - Rozmawiałem z Lisą. To koniec. Oboje doszliśmy do wniosku, że ten związek nie miał sensu.
- Boże... To wszystko moja wina - wyszarpnęła mi się i usiadła na łóżku chowając twarz w dłonie - To przeze mnie się rozstaliście...
- Nie, nie mów tak - ukucnąłem przed nią biorąc jej dłonie w swoje i składając na nich drobny pocałunek - Ten związek był fikcją na potrzeby mediów, oraz na zaspokojenie swoich ludzkich potrzeb. Kochamy się z Lisą, ale jak rodzeństwo. Znam ją wiele lat, zawsze miałem ją za osobę bliską, ale nigdy nie darzyłem jej uczuciem chociażby podobnym, do tego co czuję do Ciebie - spojrzała na mnie zaszklonymi oczami - Lisa nie była zła. Sama przyznała mi rację i stwierdziła, że nadszedł najwyższy czas przestać się oszukiwać. 
- Ale gdyby nie ja...
- Ale gdyby nie Ty - przerwałem jej - Zapewne dalej byśmy się dusili w tym czymś, czego nawet związkiem nie można było nazwać - nie spuszczałem z niej wzroku. Po chwili opadła na podłogę obok mnie rzucając mi się na szyję, chowając twarz w moje włosy. 
Objąłem ją mocno, próbując się nie rozpłakać. W końcu zaczynałem mieć chyba nadzieję, że jeszcze wszystko da się ułożyć, że mogę odzyskać utracone szczęście. Siedzieliśmy tak chwilę na podłodze, gdy usłyszeliśmy ciche pukanie. Michelle odkleiła się ode mnie, jednak wciąż pozostawała maksymalnie blisko.
- Proszę - rzuciła w stronę drzwi, w których po chwili ukazała się Eva.
- Mogę? - spytała swoim cieniutkim głosikiem, na co kobieta wyciągnęła do niej ręce na znak, aby przyszła do nas. Dziewczynka wgramoliła się mamie na kolanka ciągnąc mnie za koszulę na znak, abym je przytulił. Bez zawahania wykonałem polecenie, czując jak wali mi serce. Nie miałem już nic do stracenia. Musiałem i chciałem walczyć, nie mogłem się poddać, nie teraz.
Świadomość tego, że pewnego dnia będę martwy jest jednym z najważniejszych narzędzi, jakie pomogły mi w podjęciu największych decyzji mojego życia. Prawie wszystko – zewnętrzne oczekiwania wobec ciebie, duma, strach przed wstydem lub porażką – wszystkie te rzeczy są niczym wobec śmierci. Tylko życie jest naprawdę ważne. Pamiętanie o tym, że kiedyś umrzesz jest najlepszym sposobem jaki znam na uniknięcie myślenia o tym, że masz cokolwiek do stracenia. Już teraz jesteś nagi. Nie ma powodu, dla którego nie powinieneś żyć tak, jak nakazuje ci serce.

***

Komentarz = to motywuje!

~~~~~

"A gdy Cię odnajdę, pokażę Ci to, 
czego Twoje serce nigdy nie widziało..."