niedziela, 21 lutego 2016

Rozdział 10

No cześć mordki <3
Rozdział mimo, że nie jest długi to jestem z niego całkiem zadowolona ;3
Ja wiem, że wy byście woleli abym wypieprzyła już Emilio i Lisę i połączyła Miśkę z Michasiem, no ale niestety wolę wszystko wykreować powoli ;3
Na tym polega ta część - jakby oboje od razu się sobie w ramiona rzucili to nie miałoby to najmniejszego sensu. Muszą na nowo sobie zaufać, a mogę wam obiecać, że wiele się będzie działo :)))
Jak to Marysia napisała w jednym z komentarzy: buduje się napięcie. O to mi właśnie chodziło, aby poczuć to co czują i muszą przecierpieć bohaterowie.

PS: Jeśli ktoś z was jeszcze nie wie to zapraszam na Spis Fanfic o Michaelu - zgłaszajcie swoje blogi, fajnie jak cała nasza społeczność będzie w jednym miejscu. Nie dość, że wam pomoże to znaleźć nowych czytelników, to i inni będą mogli znaleźć coś dla siebie bez problemu szukania po całym internecie.
LINK: http://spisfanfictionmichaeljackson.blogspot.com/

A teraz zapraszam na kolejny rozdział !<3

~~~~~


Największym grzechem, jest grzech miłości- jest tak wielki, że trzeba aż dwojga, żeby go popełnić. Jest jeszcze miłość za­kaza­na, ta o której się nie mówi. Pod osłoną no­cy wychodzi na zwiady, klęka nad Twoim łóżkiem i ku­si do grzechu. Co te­raz? Gdy Miłość jest na­dal, ale w pos­ta­ci cier­pienia, kiedy roz­pacz kochanków jest ta­ka sil­na, a za­razem roz­koszna jak nig­dy wcześniej nie była. Każdy po­całunek, czuły do­tyk czy spełnienie jest je­dyne w swoim rodza­ju. Takiej miłości się nie za­pomi­na.
Gdy limuzyna się zatrzymała, Eva wybiegła z niej z prędkością światła. Jej radość z bycia w Neverlandzie była nie do opisania. Michelle przeszła chyba trochę złość w moim kierunku, gdyż nie pożałowała sobie w czasie drogi docinków w moją stronę. Denerwowało ją to jak wykorzystuję każdą sytuację, jednak w głębi serca czułem, że ona również tego pragnie. Próbowała się mnie pozbyć, odizolować jakbym stwarzał zagrożenie dla niej, dla siebie, dla Evy.
Po dwóch godzinach spędzonych w wesołym miasteczku wróciliśmy do posiadłości.
- Napijecie się czegoś? - zapytałem wchodząc do kuchni.
- Ja chcę soczku, pomarańczowego! - wbiegła za mną dziewczynka.
- Też go bardzo lubię - uśmiechnąłem się do małej i spojrzałem na stojącą w progu kobietę - A Ty nic nie chcesz?
- Nie, dziękuję - weszła wolnym krokiem z wyraźnie posmutniałą miną.
- Wszystko gra?
- Tak - posłała mi sztuczny uśmiech - Po prostu wróciły do mnie wszystkie wspomnienia.
- Również za nimi tęsknię - uniosłem lekko kąciki ust - Eva, chcesz coś obejrzeć?
- Tak! Masz jakieś bajki?
- Piotruś Pan może być?
- Tak! - pobiegła do salonu, a ja mimowolnie się zaśmiałem. Przechodząc obok Michelle rzuciłem cicho w jej kierunku - Zaczekaj tutaj.
Kiwnęła tylko głową w odpowiedzi, a ja udałem się za dziewczynką. Była wyjątkowo rozumnym dzieckiem, tryskająca z niej energia była wręcz zaraźliwa. Zgodnie z obietnicą włączyłem kasetę, a mała zasiadła na sofie wpatrzona w ogromny ekran.
- Jakbyś czegoś potrzebowała, będziemy w kuchni, dobrze?
- Dobrze - uśmiechnęła się - Michael..?
- Tak kochanie? - spojrzałem w jej świecące oczka, które były tak samo ciemne jak moje - Czegoś jeszcze potrzebujesz?
- Nie, ale nie chcę wracać do Londynu... - spuściła wzrok - Nie chcę.
- Posłuchaj - usiadłem obok niej i przytuliłem delikatnie - Porozmawiam z Twoją mamusią i obiecuję, że postaram się abyście tutaj zostały.
- Naprawdę? - spojrzała na mnie z nadzieją w oczach - Jesteś kochany! -pocałowała mnie w policzek - Chciałabym mieć takiego tatusia.
- A ja taką córeczkę - pocałowałem ją w czubek głowy i przymknąłem oczy, czując ukłucie w sercu - Oglądaj, ja idę do Twojej mamy.
- A lubisz moją mamusię? - rzuciła, gdy już byłem w progu.
- Bardzo - uniosłem lekko kąciki ust - Bardzo ją lubię.
- To dobrze - posłała mi ostatni, piękny uśmiech i jej wzrok zniknął w blasku telewizora.
Gdy wróciłem do kuchni stała oparta tyłem o blat. Jej nieobecny wzrok sprawiał mi swego rodzaju ból. Mimo iż była tą samą osobą co kiedyś, to pewne braki były nie do przeoczenia. Była zniszczona wewnętrznie: zapewne większość spowodowała śmierć rodziców, a reszta? Coś ją trapiło, była wyraźnie nieszczęśliwa, a ja się domyślałem co jest tego powodem.
- Powiesz co się dzieje? - stanąłem obok niej, również opierając się o blat - Michelle?
- Mike... Nie tak to miało wyglądać...
- O czym mówisz? - spojrzałem na nią - Co nie miało tak wyglądać?
-  Nie powinniśmy się widywać - dopiero zauważyłem, że miała łzy w oczach - To nie przyniesie nic dobrego. Musze wrócić jak najszybciej do Londynu bo inaczej...
- Inaczej co? - przerwałem jej poważnym tonem - To jest Twoja jedyna metoda? Ucieczka? - stanąłem przed nią zmuszając, by na mnie spojrzała - To nie jest rozwiązanie. Eva też chce tutaj zostać.
- Już Ci mówiła?
- Nie ważne. Chodzi tutaj o nas.
- Nie ma żadnych nas - pojedyncze łzy zaczęły jej spływać po policzkach - Nie powinnam była tutaj przylatywać...
- Zrobiłaś to bo wiesz, że tutaj jest Twoje miejsce.
- Nie mów tak... Masz Lisę, a ja mam Emilio, zostańmy przy tej wersji.
- Dobrze wiesz, że jej nie kocham, tak samo jak dobrze ja wiem, że Ty nie kochasz jego - dotknąłem dłonią jej policzka, zmniejszając dystans między naszymi ciałami - Proszę, zostań.
- Nie mogę - szepnęła próbując się odsunąć, jednak blat uniemożliwił jej ucieczkę - Mike, proszę odsuń się.
- Dlaczego? - automatycznie znów się przybliżyłem, przyciskając ją mocniej do blatu - Tak dobrze?
- Mówię poważnie - chciała mnie odepchnąć, ale złapałem ją za nadgarstki zbliżając tym samym swoją twarz do jej twarzy. 
Dzieliła je teraz niebezpiecznie bliska odległość. Poczułem jak jej serce przyspiesza, a oddech robi się coraz cięższy. Spojrzała mi w oczy z przerażeniem, jakby się bała, że zrobię jej krzywdę. Zatrzymałem wzrok na jej wargach, automatycznie czując jak zaczęła delikatnie drżeć.
- Michael, nie rób tego - szepnęła, a po jej policzku poleciały kolejne łzy - Proszę, nie rób tego.
Jej głos był tak przepełniony bólem i strachem, jak wtedy gdy dowiedziała się o śmierci rodziców. Niechętnie uwolniłem ją ze swojego uścisku, zwiększając dystans między nami. Chciałem ją móc przytulić, pocałować, znów układać plany na przyszłość ale jak, kiedy nie wpuszczała mnie do swojego nowego świata?
- Mogę skorzystać z łazienki? - spojrzała na mnie widocznie spokojniejsza.
- Oczywiście. Idź do tej w sypialni, główna łazienka jest chwilowo w remoncie - uśmiechnąłem się delikatnie i skierowałem w stronę salonu, gdzie zostawiłem Evę.


Wchodząc na górę czułam jak trzęsą mi się nogi. Podobno szacunek budzi nie to z czego korzystasz, a to z czego rezygnujesz. Jednak czy było warto zrezygnować z tego wszystkiego? Nie mogłam być obok niego, po prostu nie mogłam. Gdy był obok całkowicie wyłączało mi się myślenie, byłam jak w transie, zaczarowana jego urokiem, a on miał nade mną absolutną władzę. Powstrzymanie się by go nie pocałować graniczyło z bólem. Czułam jak wszystko w środku się zaciska, jakby czarna dziura wsysała mnie od środka.
Weszłam do łazienki i oparłam się rękoma o umywalkę. Stało na niej wiele drogich perfum i kosmetyków. 'Lisa', pomyślałam. No tak, w końcu tutaj mieszka... Spojrzałam w lustro i dopiero zauważyłam, że drzwiczki od szafki były uchylone. Już chwyciłam ręką by je zamknąć, gdy moją uwagę zwróciło wystające na zewnątrz pudełko. Niepewnie otworzyłam szafkę szerzej, nie wierząc własnym oczom.
Stały tam najróżniejsze leki, których ilość sięgała co najmniej do kilkudziesięciu opakowań. Zaczęłam przeglądać etykiety - prawie wszystkie przeciwbólowe lub nasenne. O co tutaj chodzi?
Sześć lat temu jeszcze pamiętam, jak były te półki zapełnione perfumami Mike'a, kredkami do oczu i innymi kosmetykami. A teraz? 
- Chciałem Ci powiedzieć - usłyszałam głos dobiegający od strony drzwi. Stał oparty o futrynę i patrzył na mnie przepraszającym wzrokiem - To wszystko...
- Michael to nie jest normalne - przerwałam mu - Przecież ty mógłbyś otworzyć tutaj aptekę! Nawet szpital nie ma tylu prochów. To nie są nawet tabletki do użytku domowego - zamknęłam szafkę z hukiem - Dlaczego?
- Zaczęło się po Twoim odejściu - tłumaczył - Nie mogłem spać, jeść, funkcjonować... Tylko to mi przynosiło ukojenie. Dzięki lekarstwom i pracy jakoś się trzymałem na nogach.
- Chcesz mi powiedzieć, że bierzesz te gówna od całych sześciu lat? - kiwnął twierdząco głową - Jesteś kretynem! To Ci może wyniszczyć wątrobę, serce... Michel musisz z tym skończyć...
- Nie chcę się kłócić - podszedł do mnie i chciał mnie przytulić, ale odepchnęłam jego ręce bez zawahania.
- Obiecaj, że z tym skończysz.
- Michelle...
- Obiecaj.
- Pod jednym warunkiem.
- Słucham? - spojrzałam na niego wzorkiem przepełnionym bólem. Bałam się o niego. Bóg wystarczająco szybko odebrał mi moich rodziców, nie mogłam jeszcze jego stracić. 
- Postaram się z tym skończyć, ale...
- Ale...? - rzuciłam niecierpliwiąc się.
- Zostaniesz tutaj w LA.
- Że co słucham? - myślałam, że się przesłyszałam - To nie fair! Szantażujesz mnie, nie możesz tak...
- Jeśli to jedyny sposób abyś została, to jestem gotów zrobić wszystko. Będę szedł po trupach, palił wszystkie mosty, ale przynajmniej będę wiedział, że próbowałem.
- Michael nie mogę tutaj zostać - do oczu napłynęły mi łzy - Nie możesz mnie o to prosić.
- Trzy tygodnie. Daj mi chociaż jeszcze te trzy tygodnie u Twojego boku.
- Nie mogę siedzieć tyle na głowie Natali - pokiwałam przecząco głową - Michel nie proś mnie o to.
- Możecie z Evą zostać w Neverlandzie.
- Nie ma mowy. Dobrze... Porozmawiam z Natalią. Jeśli się zgodzi, zostanę tutaj jeszcze te trzy tygodnie, ale chcę, abyś pozbył się tych prochów raz na zawsze.
- Dziękuję - podszedł do mnie i przytulił się mocno.
Wtuliłam się w jego tors i przymknęłam oczy. To ciepło, ten zapach jego ciała był mi tak dobrze znany. Nie dało się go porównać z niczym innym. Dlaczego znów mu uległam? Szantażował mnie, wykorzystał moją słabość do własnych celów, jednak nie mogłam pozwolić, aby coś mu się stało. W końcu byłam mu to winna... To przez moje odejście popadł w ten nałóg.
Gdy się oderwał, uśmiechnął się delikatnie i pocałował mnie w czubek głowy. Spojrzałam w jego ciemne jak noc tęczówki, czując jak serce chce wyskoczyć mi z piersi. Co on takiego w sobie miał? Dlaczego akurat on?
Był mężczyzną, który sprawiał, że kiedy tylko się zbliżał, to robiło mi się czarno w oczach, słodko w ustach i zupełnie nieprzytomnie w głowie.
- Gdzie Eva? - spytałam zrezygnowanym głosem, w duchu zła na siebie, że dałam się mu zaszantażować.
- Ogląda ciągle. Może jednak zostaniecie na noc?
- Nie ma mowy, pisałam już do Emilio, aby przyjechał po nas o dwudziestej.
- Przecież ja mogłem was odwieźć - zmarszczył brwi, wyraźnie niezadowolony z obrotu sprawy.
- Nie chciałam robić Ci problemu.
- Nigdy nie byłaś dla mnie problemem - spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
Nic nie odpowiedziałam. Zeszliśmy w ciszy do salonu, gdzie siedziała moja córeczka. Zajęłam miejsce w fotelu, zaś Mike obok Evy. Nie minęła chwila, jak wgramoliła się mu na kolana i oparta główką o jego tors, dalej siedziała zapatrzona w kolorowy, migający ekran. Więzy krwi dawały o sobie znać coraz bardziej. Widziałam jak przywiązuje się do Michaela, oraz jak on coraz uważniej się jej przygląda. Dlatego tak bałam się tych trzech tygodni, mogły one zmienić wiele, zbyt wiele.


Godziny upłynęły nadzwyczaj szybko. Cały ten czas spędziliśmy w trójkę na oglądaniu filmów i grze w Monopoly. Gdy wybiła dwudziesta czar prysł. Usłyszałam charakterystyczny dźwięk silnika ferrari Emilia. Gdy wychodziłyśmy z mieszkania, Eva nie mogła się odkleić od Michaela. Pytała kiedy znów przyjedzie, oraz czy znów zaprosi ją do Neverlandu. Gdy przeszłyśmy próg drzwi głównych, Mike spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, jakby miał nadzieję, że zmienię zdanie i zostanę. Posłałam mu tylko wymuszony uśmiech i skierowałam się w stronę czekającego już przy samochodzie Emilio.
Eva nie przepadała za nim. Sama nie wiem czemu - w końcu go nie znała, nie miała powodów aby go nie lubić, nie?
Jednak fakt faktem - Emilio nie okazywał jej nawet minimalnego zainteresowania. Mike nie spuszczał z niej wzroku, zaś Emilio tylko czekał na chwilę, gdy zostanie ze mną sam na sam.
- Dlaczego u niego byłaś? - rzucił, gdy auto przekroczyło bramy Neverlandu.
- Przyjechałam z Evą, chciała się pobawić. Nie rozumiem skąd ten oschły ton?
- Nie podoba mi się to, że ciągle się widujecie.
- Michael jest bardzo fajny! - krzyknęła Eva z tylnego siedzenia - Lubie tutaj przyjeżdżać.
- No to chyba będziesz mała musiała znaleźć sobie inny obiekt do zabawy.
- Przestań - warknęłam - To sprawa między nami, a ją zostaw w spokoju.
- Kiedy wracasz do Londynu? - zmienił temat.
- Za trzy tygodnie.
- Nastąpiły jakieś zmiany? - wyszczerzył się i spojrzał na mnie - Mówiłaś, że za kilka dni.
- Owszem, zaszły pewne zmiany - utkwiłam wzrok w oknie.
- Co będzie więc z nami, po Twoim wyjeździe?
- Jeśli ma to przetrwać, to przetrwa bez względu na okoliczności - rzuciłam posyłając mu sztuczny uśmiech.
Całą drogę w moich myślach krążył Michael. Moje ostatnie czyny i postawy wobec niego przerażały mnie samą... To co robiłam było samolubne, niedorzeczne, a wręcz okrutne i obrzydliwe. Ja­kie to uczu­cie, kiedy się wra­ca znów i znów niszczy się tej dru­giej oso­bie coś kruche­go, co sa­ma zbu­dowała bez Ciebie? Jak to jest wpra­wiać tą drugą osobę w ek­stazę, za­siać fałszywą nadzieję, dziką wiarę i sza­leństwo miłości? Co się czu­je, kiedy wiesz, że ta oso­ba Ciebie kocha, tak niewyob­rażal­nie, nie będzie pro­sić byś zos­tał, nie będzie błagała byś nie ra­nił tak bar­dzo? Jak to jest wie­dzieć, że się zos­ta­wia i wpra­wia ją w stan men­talnej ago­nii, poz­wa­lając ko­nać, a później niczym zbaw­czy dar lo­su, ra­tować ją po­now­nym pow­ro­tem? Po prostu brzydze się siebie.

***

Komentarz = to motywuje!



~~~~~

"Prawdziwą miłość poznaje się nie po jej sile, 
lecz po czasie jej trwania."

wtorek, 16 lutego 2016

Rozdział 9


Jestem <3
Miałam wrzucić wczoraj, ale byłam zajęta trochę planowaniem z rodzicami wyjazdu dla mnie bardzo ważnego: nie wiem czy część z was wie, ale mam duszę turysty lub inaczej: jestem powsinoga po prostu xD
Uwielbiam jeździć, podróżować i wgl, a te studia turystyczne mnie tylko upewniają w jednym co zawsze powtarzałam: podróżowanie to jedyna rzecz za którą płacisz, a stajesz się bogatszy.
Chorwacja, Włochy, Niemcy, Austria, Egipt, Tunezja, Izrael, Czechy... Pod koniec tego roku w planach mam jeszcze Francje, a na przyszłe wakacje lecę na 3 miesiące do Grecji <333 (pratyki ;3).
A o czym była mowa z rodzicami?
Otóż od razu bo obronie licencjatu lecimy do Ameryki <3! Mamy upatrzone oferty (Los Angeles, Las Vegas, Wielki Kanion, więzienie Alcatraz, San Francisco - a to tylko kilka punktów takowej objazdówki. Jedziemy z biura podróży (wolimy mieć stałą opiekę ze względu na chorobę mamy). 
Niedługo też bd mieć praktyki w biurze podróży gdzie mój tata się dobrze zna z właścicielką, więc z nią jeszcze podczas praktyk będę planować i się orientować więcej ;3
Tak wiem się rozpisałam... Ale chciałabym was kochani zachęcić aby podróżować, śnić i odkrywać. Mogą wam zabrać laptopa, psa, rodzinę, dom - ale wspomnienia to coś czego wam nikt nie odbierze.
Myślałam aby nakręcić filmik na YT o moich podróżach, zachęcić w ten sposób młodzież... Kto wie, może się kiedyś doczekacie?
Pamiętajcie - nawet najdalsza podróż wymaga pierwszego kroku!

A tymczasem zapraszam w podróż do świata fanfic <333


~~~~~

Miłość kpi so­bie z rozsądku. Nie pozawala nam racjonalnie myśleć, podejmować słusznych decyzji. Mogłabym porównać ją do rumaka, który nie znosi tchórzliwego jeźdźca. Nie możemy go trenować krzykiem i oczekiwać, że posłucha szeptu. W końcu to anioł zaplata mu grzywę, a diabeł rozpala ogień pod kopytami. Po wczorajszym dniu mam wrażenie, że mój koń zwanym życiem - ma niebezpieczne poczucie humoru. Bawi się moimi uczuciami, odbiera rozum, by w najmniej oczekiwaniem momencie mi go zwrócić. 
Wiem, jak mocno wczoraj zraniłam Michaela. Wiem, że to co się stało nie powinno mieć miejsca. Jednak cóż miałam poradzić, gdy w jego obecności granica między tym co chciałam, a tym co powinnam, zanikała niespostrzeżenie?
Serce mówiło jedno, rozum zaprzeczał i ich ciągłe konflikty tak się właśnie kończyły. Nie chciałam niszczyć jego związku z Lisą. Zapracował sobie na ten spokój i szczęście. Nie miałam prawa ingerować w to jakkolwiek, po tym co zrobiłam. Zniszczyłam jego życie raz, nie zrobię tego ponownie.
Ostatnio dokuczające mi bóle głowy dodatkowo utrudniały mi myślenie i codzienne funkcjonowanie. Przy naprawdę silnych bólach sięgałam po tabletkę, która i tak nie zawsze pomagała.
- Mamusiu wstawaj no! Michael niedługo przyjedzie! - Eva wparowała do sypialni niczym mały, niedobry skrzacik krzycząc na cały dom - No mamuś!
- Już wstaję, nie krzycz tylko proszę - zaśmiałam się i zrobiłam trochę miejsca obok siebie - Chodź tutaj do mnie - dziewczynka wskoczyła pod kołdrę kładąc się obok mnie
- Jak było na wczorajszej wystawie? - spytała spoglądając na mnie tymi ciekawskimi oczkami.
- Bardzo fajnie - uniosłam delikatnie kąciki ust - A Tobie jak idzie gra na skrzypcach?
- Ćwiczyłam wczoraj. Będę mogła zagrać Mike'owi coś w Neverlandzie?
- Eva, kochanie... Posłuchaj - podparłam się na łokciu, nie wiedząc już jak dobrać wszystko w słowa - Nie chcę abyś...
- A musimy mieszkać w Londynie? - przerwała mi - Tutaj jest o wiele fajniej.
- Niestety, za kilka dni wracamy do domu - pogłaskałam ją po włoskach - Wydaje Ci się, bo wszystko jest nowe.
- Nieprawda! Polubiłam ciocię Natalię i wujka Tom'a. Michaela też lubię. No i do dziadka i babci mam blisko.
Na ostatnie słowa serce zaczęło mi bić szybciej, jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Ilekroć Eva wspominała o moich rodzicach, powracał do mnie wewnętrzny niepokój, którego za nic nie mogłam się pozbyć. Swoją drogą, czy gdyby mama żyła, czy popierałaby moje decyzje? Zapewne by powiedziała mi jaka głupia i nieodpowiedzialna jestem. Ona zawsze potrafiła mi doradzić, zawsze szanowałam jej zdanie i nigdy na tym źle nie wychodziłam. Była obiektywna, szczera i przede wszystkim miała złote serce. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wiele odebrało mi ich zniknięcie. Ile się przez to zmieniło, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdyby wciąż tutaj byli.
- Kochanie, idź się szykuj w takim razie - ucałowałam ją w czółko - Jak będziesz gotowa to przyjdź do kuchni na śniadanie.
- Dobrze - rzuciła ochoczo i wymaszerowała z pokoju tanecznym krokiem.
Chwilę po tym również wstałam, wzięłam szybki prysznic, zrobiłam lekki makijaż i ubrana poszłam do kuchni, gdzie zastałam stojącą przy  kuchence Nat.
- O! Królewna wstała? - zaśmiała się i pokazała na patelnię - Robię naleśniki, mam nadzieje. że jesteś głodna, bo jak nie to Ci je w tyłek wsadzę, bo stoję od godziny przy garach.
- Nie musiałaś - usiadłam przy stole - A Tom gdzie?
- Stary niedźwiedź mocno śpi... - zanuciła na co również się zaśmiałam - A Eva?
- Szykuje się. Zaraz powinna przyjść.
- Myślałam, że pojadę z wami na stajnię... Ale skoro macie podwózkę i ochroniarza w jednym przy sobie... - puściła mi oczko, a ja zrobiłam groźną minę.
- Nawet mnie nie denerwuj. Eva znów mnie wkopała i znów muszę oglądać jego zakazaną mordę.
- Ja Ci mówiłam, że wy jesteście na siebie skazani. Swoją drogą... Nie opowiedziałaś mi dokładnie co tam się działo na tej wystawie?
- Nudne obrazy, nudni ludzie, nuda ogółem.
- No i Michael - wyszczerzyła się.
- O nim nawet mi nie wspominaj. Przekracza wszelkie granice i...
- Nic się nie zmieniliście, wiesz? - spojrzała na mnie - Jesteście tak samo rąbnięci jak kiedyś. I tak samo utrudniacie sobie wszystko jak kiedyś.
- Nat, nie rozumiesz... - zaczęłam nerwowo stukać paznokciami o blat stołu - Nie mogę być blisko niego bo głupieję.
- I prawidłowo!
- To nie komedia romantyczna z happy end'em - skarciłam ją wzrokiem - Teraz najważniejsze jest dobro Evy.
- I zapewniasz jej dobro, separując od ojca?
- Tak jest lepiej dla nas wszystkich - warknęłam, powoli tracąc cierpliwość.
- Ja wiem, że teoretycznie to nie mój biznes... Jednak jestem Twoją przyjaciółką i tak jak zawsze to robiłam, tak i teraz mówię Ci to co myślę. Nie mówiąc już o Twojej córce, która cierpi z powodu braku ojca. Oboje z  Michaelem bawicie się w kotka i myszkę, a i wy, i wszyscy w okół dobrze wiedzą, co do siebie czujecie. Lisa i Emilio to jakiś żart, znaleźliście sobie punkty odniesienia i okłamujecie i siebie i innych - nagle do kuchni wleciała moja córeczka.
Natalia skończyła swoją przemowę, zaś ja uśmiechnęłam się przez łzy i wyciągnęłam do małej rączki. Bez zawahania podeszła i wtuliła się we mnie, a ja prosiłam w duchu, aby się nie rozpłakać. Natalia miała rację, kogo ja chcę oszukać?


W końcu znajdujemy osobę z którą możemy wszystko. Z którą uwielbiamy wszystko, począwszy od robienia kanapek poprzez rozmawianie, skończywszy na uprawianiu miłości. Osobę przy której nawet najbardziej prymitywna czynność, jak spacer w deszczu potrafi być czymś niezwykłym, czymś niecodziennym. Każdy z nas czeka na osobę, dzięki której poranne wstawanie z łóżka będzie miało sens. Kiedy już ją znajdziemy, nie pozwólmy sobie jej odebrać. Szarpmy się z losem, walczmy z przeznaczeniem, ale nie pozwólmy pozbawić się szczęścia. Ja na to pozwoliłem i jest to coś, z czym nigdy się nie pogodzę. Został mi tylko niemy krzyk mych marzeń o szczęściu, które było tak blisko.
Siedziałem w limuzynie, wpatrzony w drzwi, które lada moment miały się otworzyć. Wydarzenia z wczorajszego wieczoru kłębiły się we mnie nie pozwalając normalnie funkcjonować. Czy żałowałem tego? Nigdy.
O niczym innym nie marzyłem od tych cholernych sześciu lat, niż znów móc posmakować jej ust, poczuć żar ciała i wibracji przechodzących przez jej ciało, wskutek mojego dotyku i bliskości. Ta cała fascynacja, pożądanie i namiętność nie osłabły ani trochę. Czas je uśpił, a raczej my usypialiśmy, aby zacząć żyć na nowo. Jednak kołysanka kiedyś się kończy, następuje moment przebudzenia, a to co zostało uśpione odrodziło się nowe, lepsze, silniejsze i mocniejsze niż kiedykolwiek.
Nagle drzwi się otworzyły, a w nich ujrzałem tak dobrze mi znaną dziecięcą, uśmiechniętą buźkę. Nie zważając nawet, że ktoś może mnie rozpoznać, wysiadłem z pojazdu by móc wpuścić Evę wraz z moją ukochaną. Michelle kroczyła dumnie. Wiedziałem, że po wczorajszym zajściu nie będzie łatwe nawiązanie z nią normalnego kontaktu.
- Pięknie wyglądasz - rzuciłem uśmiechając się do kobiety, gdy ta zmierzyła mnie wzrokiem i również delikatnie się uśmiechnęła.
- Dziękuję - szepnęła niemal niesłyszalnie.
Eva pierwsze co zrobiła, to jak zawsze rzuciła mi się w ramiona, aby mocno wyściskać. Uwielbiałem tą jej pozytywną energię i ciepło bijące prosto z maleńkiego serduszka.
- Mike, a pojeździsz z nami? - spytała gdy znaleźliśmy się już w środku
- Wiesz, ja raczej nie jeżdżę konno - uśmiechnąłem się i pogładziłem ją po włoskach - Pojeździsz z mamusią.
- Więc jedziesz tylko aby popatrzeć? - pierwszy raz odezwała się Michelle, która była o dziwo w znakomitym humorze - Scenę potrafisz ogarnąć, a zapanować tak takim małym pół tony to już problem dla takiej gwiazdy? - przygryzłem wargę i również się uśmiechnąłem.
- Raczej jeżdżenie na koniu to nie moja specjalność, Tobie to o wiele lepiej wychodzi - zaśmiałem się, a niebieskooka posłała mi groźne spojrzenie.
- Gdy się ma kucyka zamiast konia, to nie ma z tym dużego problemu - 'jeden zero dla niej', pomyślałem.
-A może jeździec po prostu nie podołał? - odgryzłem się spoglądając na nią zadziornie - Do panowania nad ogierem są potrzebne pewne umiejętności.
- Uważaj, bo zaraz z ogiera zrobi się wałach i przestaniesz ogierzyć.
- Grozisz mi czy obiecujesz? - przygryzłem wargę.
- O czym mówicie? - Eva spytała wyraźnie zaciekawiona tematem rozmowy, którą nie do końca zrozumiała.
Zaśmiałem się spoglądając na wściekłą Michelle, która zapewne w tym momencie miała ochotę wyrzucić mnie za drzwi limuzyny. Spojrzała na dziewczynkę i uśmiechnęła się niepewnie.
- O niczym kochanie, o niczym - pocałowała ją w czubek głowy i znów zatrzymała wzrok na mnie, delikatnie się uśmiechając.
- A co z tym Neverlandem? - mała spojrzała na mnie ciemnymi oczkami.
- Eva - rzuciła dość ostro Michelle, ale 'zatrzymałem' ją gestem ręki.
- Dzisiaj po stajni, co ty na to? - zapytałem wiedząc, jaka będzie reakcja kobiety.
- Chyba sobie żartujesz - warknęła - Dzisiaj wracamy z Evą do domu.
- Ale mamuś... - rzuciła Eva smutno - Proszę...
- Powiedziałam nie i nie chcę już poruszać tego tematu.
- Wyluzuj troszkę mamuśka i nie spinaj się już tak - rzuciłem wesoło, za co walnęła mnie torebką - Auć, a to za co? - zaśmiałem się.
- Za bycie durniem i idiotą.
- Mike nie jest głupi - rzuciła lekko urażona Eva, a ja musiałem się powstrzymywać by nie wybuchnąć niepohamowanym śmiechem.
Dziewczynka podeszła do mnie i wgramoliła się na kolana.
- Eva nie możesz...
- Nic nie szkodzi - przerwałem jej i przytuliłem dziewczynkę przymykając oczy.
Marzenie o dziecku, dużej rodzinie cały czas pozostawało właśnie: jedynie marzeniem. Eva była cudowną dziewczynką, do której przyciągała mnie niewytłumaczalna siła. Może był to fakt, że była dzieckiem osoby, którą kochałem ponad wszystko? Tak czy inaczej, nie mogłem pozwolić im odejść. Jeszcze nie wiem jak to zrobię, ale nie popełnię znów tego samego błędu.


Cała stajnia świeciła pustkami. Uprzedziłam Maxa, że wpadniemy razem z Michaelem, więc zamknął cały teren, aby oszczędzić i mnie, i jemu niepotrzebnych akcji. Oczywiście Max tak samo jak Nat - wie o tym, że to Mike jest ojcem Evy. Byli oni jedynymi osobami, które znały całą prawdę. Bałam się, że mój przyjaciel wypali coś nieodpowiedniego przy nim, w końcu wiedziałam jak bardzo nie popiera mojej decyzji.
Gdy zaleźliśmy się już w środku, z daleka rozpoznałam tę znajomą mordkę, której nie było mi dane widzieć tyle czasu. Max uśmiechnął się mimowolnie ma mój widok i podszedł szybkim krokiem bez słowa i mocno mnie przytulił.
- Jak ja za Tobą cholero tęskniłem - wydukał, uwalniając mnie z uścisku.
- Wiem, ja za tobą również - odwzajemniłam uśmiech i spojrzałam na swoją córeczkę, która stała tuż za mną lekko wystraszona - A to jest moja córka, Eva.
- Dzień dobry - odparła zawstydzona obecnością obcego mężczyzny.
- Cześć mała - przyjaciel ukucnął przy niej i ukazał szereg białych zębów.
Gdy wyciągnął do niej rękę, niepewnie ją uściskała, jednak po chwili wyraźnie speszona podeszła do Michaela stojącego tuż obok i przytuliła się do jego nogi, jakby chciała się schować. Max spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym: 'Dlaczego Ty mu nie powiesz?', jednak udałam że nie widzę tego i po prostu spuściłam wzrok.
Zostawiłam Michaela z przyjacielem, w tym samym czasie idąc z córką w stronę boksów, gdzie były konie. Eva od razu podbiegła do jednego z nich, gdzie stał niewielki kucyk, ciekawsko wystawiający małą główkę przez drzwiczki.
- Jest śliczny - rzuciła dziewczynka głaskając go po miękkich chrapach - Mogę na nim pojechać?
- Jeśli Max się zgodzi to nie widzę problemu - uśmiechnęłam się i wolnym krokiem ruszyłam dalej, szukając go.
Gdy w końcu znalazłam się przy odpowiednim boksie, serce zaczęło mi walić jak szalone. Spojrzał na mnie czarnymi niczym węgiel oczami i zarżał cicho, przyszywając mnie wzrokiem. Podeszłam bliżej, opierając się o drewniane drzwi. Irys machnął głową i przybliżył się, wypuszczając ciepłe powietrze z chrap prosto w moje włosy. Przymknęłam powieki, czując jak zbierają się pod nimi pojedyncze łzy. Okres gdy mieszkałam w LA, był dla mnie zawsze najpiękniejszym ze wszystkich wspomnień. Okres, gdy miałam przy sobie najwspanialszych rodziców, gdy miałam przy sobie kochającego mężczyznę, pasję która dodawała mi skrzydeł. A teraz? Jedyne co dawało mi radość i chęci do życia to Eva.
- Miśka? - usłyszałam za sobą głos Maxa - Stęskniłaś się za Irysem, co?
- Dziękuję, że nie sprzedałeś go, dbasz o niego i kochasz tak samo jak ja kochałam - wytarłam rękawem łzy i spojrzałam na przyjaciela - Dziękuję.
- Nie dziękuj, jesteśmy przyjaciółmi, nie? - uśmiechnął się - To jak bierzesz go i jedziecie?
- Nie jedziesz z nami? - spojrzałam na niego pytająco.
- Nie, ostatnio na zawodach miałem drobny wypadek i mam kontuzję kostki - spojrzał na swoją nogę - Do końca miesiąca mam zakaz wsiadania na konie. Ale Ty, Eva i Mike bierzcie konie i jedźcie w teren, jest piękna pogoda, więc szkoda ją zmarnować.


Opierałem się jak tylko mogłem, jednak gdy Eva uwiesiła się na mojej ręce i zaczęła marudzić - nie miałem innego wyjścia, niż się zgodzić. Nie byłem przekonany by wsiadać na coś, co może jednym ruchem mnie zabić. Dla 'zachęty' dali mi Salivana, gdyż bądź co bądź znałem już trochę tego konia. Michelle spoglądała na mnie co chwila zadziornie, czesząc grzywę Irysa.
- Co się tak patrzysz? - rzuciłem uśmiechając się głupkowato.
- A tak sobie. Będę mieć niezły ubaw jak wylądujesz na ziemi.
- Twoje niedoczekanie.
- Sama Cię zepchnę jak znów mi podpadniesz - wystawiła mi język, na co w odpowiedzi rzuciłem w nią szczotką - Zrób to jeszcze raz, a zęby ci wyszoruję tą szczotką.
Zaśmiałem się i wróciłem do swojego zajęcia. Gdy w końcu byliśmy gotowi, opuściliśmy całą trójką stajnię.
Delikatny wiaterek przyjemnie muskał skórę, a zapach drzew drażnił przy każdym wdechu. Eva jechała na przodzie, co chwila przyspieszając na swoim kucyku. Michelle ku mojemu zdziwieniu dotrzymywała mi kroku.
- Myślałem, że raczej pójdziesz galopem w las i mnie tutaj zostawisz - przygryzłem wargę spoglądając na nią.
- Kusząca propozycja, ale nie chcę odpowiadać późnej za śmierć Króla Pop-u. Poza tym szkoda mi Salivana.
- Miło, że się troszczysz - zaśmialiśmy się i oboje spojrzeliśmy na dziewczynkę - Nawet nie wiesz, jak Ci zazdroszczę.
- Słucham? - spojrzała na mnie niepewnie.
- Evy. Zazdroszczę Ci, że masz przy sobie kogoś takiego.
- Doczekasz się swojego. Na pewno niedługo będziecie z Lisą szczęśliwymi rodzicami.
- Gdyby to było takie proste... - rzuciłem niemal niesłyszalnie.
Spojrzałem na kobietę, która była widocznie czymś zmartwiona, jakby coś ją trapiło. Znałem ją za dobrze i wiedziałem, że wyciągnięcie czegokolwiek graniczyłoby z cudem. Nigdy nie lubiła mówić co ją gryzie od środka. Dało się to zauważyć, odczytać pewne sygnały, jednak szczegółowa treść pozostawała znana jedynie autorowi. 
- Kiedy wracasz do Londynu? - wypaliłem nagle.
- Za kilka dni.
- A co z Emilio? - spojrzała na mnie wyraźnie zmieszana - Jesteście razem, zostawisz go?
- Myślę, że to nie jest Twoja sprawa - syknęła - Zatroszcz się lepiej o swój związek.
- Mamuś! - przerwała nam Eva galopując w naszą stronę - Pojedziemy jeszcze tam do lasku? Max mówił, że jest tam jakiś strumyk.
- Innym razem kochanie, wracamy już do stajni - rzuciła spoglądając na mnie i zawracając Irysa.
- No dobrze... A co z tym Neverlandem? - spojrzała na mnie - Mike obiecałeś!
- Eva dość- upomniała ją kobieta, jednak zignorowałem ją całkowicie i zwróciłem się do małej.
- Możemy pojechać nawet zaraz.
- Michael dostaniesz w zęby - warknęła Michelle - Znów to robisz, nie mieszaj się i nie wykorzystuj sytuacji.
- Mamuś to pojedziemy?! Proszę! - podleciała do niej i zaczęła prosić błaganym głosem - Tam jest tak fajnie, a Mike mówił że możemy przecież na parę dni i...
- Co to to na pewno nie - przerwała jej - Możemy pojechać, ale wieczorem wracamy do domu. 
- No dobra - robiła urażoną minkę, jednak widziałem po niej, że wgłębi się cieszyła, że znów namówiła mamę i postawiła na swoim.
Tak naprawdę tylko dzięki Evie mogłem się zbliżyć do Michelle. Może nie grałem fair, jednak czasem trzeba łamać pewne granice. Niczego tak się nie bałem jak to, że ponownie ją stracę. Nawet śmierć nie napawała mnie takim lękiem... Nie rozumiem, jak można bać się śmierci. Ze śmiercią każdy z nas sobie poradzi. Bójmy się bezsensownego życia. Lat spędzonych w lęku, przed zrobieniem czegoś dla siebie. Wiecznego oglądania się na opinię innych ludzi. Trwania w przeszłości. Rozpamiętywania tego, co mogło być. Bójmy się głupot, zazdrości i braku szacunku. To ta groźniejsza śmierć, bo występuje ona za życia.

*** 

Komentarz = to motywuje!

~~~~~

„Wybrałam sobie rumaka, z próżnym siodłem i strzemieniem 
którego ojciec był jak burza a matka jak płomień. 
Pod dumnym szedł z dumą wielką,
pod starcem jak starzec poważnie,
pod cichym spokojnie jak dziecko, 
pod silnym jak rycerz odważnie...”

środa, 10 lutego 2016

Rozdział 8


No jestem z kolejnym rozdziałem <3
Jestem z niego nawet zadowolona, zobaczymy czy dzisiaj trafiłam w wasze gusta :P
Dla zainteresowanych - z Łodzi wróciłam cała i zdrowa, ale co najważniejsze naładowana energią  i z pewnymi 'planami', które chcę zrealizować. Pierwszy punkt dotarcia do tego mojego celu to praca, którą nie wiem jak pogodzę z studiami, treningami i zarządzaniem stajnią... No ale kto da radę jak nie ja?
Zapewne jak już znajdę odpowiednią robotę to przez brak czasu notki będą rzadziej, ale o tym póki co nie myślę. Wszystko wyjdzie w praniu:)
Do piosenki wyżej mam duży sentyment przez ostatni sylwester, który jak wiecie spędziłam ze znajomymi w Berlinie. Często puszczali tę piosenkę pod bramą, jakoś bardzo mi wpadła w ucho :3
Zapraszam na kolejny rozdział!

~~~~~

Dzieci są wiecznie szczere, nie wstydzą się prawdy, a my z obawy, by nie wyglądać na zacofanych, gotowi jesteśmy zaprzedać to, co nam najdroższe, chwalimy to, co nas odpycha i potakujemy temu, czego nie rozumiemy. Co jest najśmie­szniej­sze w ludziach? Zaw­sze myślą na od­wrót: spie­szy im się do do­rosłości, a po­tem wzdychają za ut­ra­conym dzieciństwem. Tracą zdro­wie by zdo­być pieniądze, po­tem tracą pieniądze by odzys­kać zdro­wie. Żyją jak­by nig­dy nie mieli um­rzeć, a umierają, jak­by nig­dy nie żyli.
Eva była teraz dla mnie całym światem. Jedyną istotą, dla której chciałam oddychać, dla której chciałam żyć. Nie wybaczyłabym sobie tego, gdyby tak samo jak ja straciła kiedyś rodziców. Wystarczy, że wychowuje się bez ojca. Mnie strata rodziców dotknęła nagle, z dnia na dzień zostałam sama jak palec bez rodzeństwa, rodziców, kogokolwiek, kto byłby tylko i całkowicie mój. Teraz miałam taką osobę: była nią moja córka. Tylko od niej posiadałam gwarancję na bezwarunkową miłość, aż do śmierci, do samego końca.
Szłyśmy spacerkiem w stronę cmentarza. Eva spoglądała na mnie co chwila ukradkiem, jakby nurtowało ją jakieś pytanie. Postanowiłam nie wyciągać od niej nic na siłę, jeśli będzie chciała - sama zapyta.
Bramę cmentarza przekroczyłam z wzrokiem wbitym w podłogę. Byłam umysłem tak odcięta od otaczającego mnie świata, że z transu wyrwał mnie dopiero radosny krzyk mojej córeczki:
- Michael!!! - automatycznie podniosłam głowę.
Stał przy grobie moich rodziców, ubrany w ciemną marynarkę, okulary, maskę i kapelusz. Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować Eva już ruszyła z miejsca biegiem w jego stronę. Spojrzał w stronę dziewczynki, przykucnął i gdy już znalazła się obok i rzuciła mu na szyję, objął ją i ucałował w główkę. Nie spodziewałam się go tutaj, dzisiaj... Czemu znów na niego trafiam? To jakieś fatum czy jak? Nigdy się go nie pozbędę? Będzie mnie prześladował jak wrzód na tyłku? Dumnie krocząc podeszłam pod grób rodziców, ignorując byłego partnera całkowicie. Widziałam, że na mnie patrzy, lecz wolałam udawać, że go tam nie ma.
- Będziesz teraz udawać, że mnie nie znasz? - podszedł i stanął obok mnie, nie mógł oczywiście dać mi świętego spokoju - Michelle?
- Czego chcesz? - spojrzałam w końcu na niego, a raczej w czerń jego ciemnych okularów - I co tutaj znów robisz?
- Mówiłem Ci, że przychodzę do Twoich rodziców.
- Dziwnym trafem akurat wtedy, gdy ja też tutaj jestem - przewróciłam oczami - Wystarczy mi, że wieczorem będę musiała Cię dzisiaj oglądać.
- Nie rozumiem?
- Emilio mówił, że Ty również masz być z Lisą na dzisiejszej wystawie.
- Owszem - nie mogłam tego dostrzec pod maską, ale byłam prawie pewna, że się uśmiecha - Aczkolwiek nie będę tam z Lisą. Wyjechała na kilka dni i wybieram się z Janet.
- Nie musisz mi się tłumaczyć - rzuciłam oschle.
- Mike, a nim odlecimy do Anglii to zaprosisz mnie jeszcze do Neverlandu? - Eva wypaliła bez ostrzeżenia, a ja po raz kolejny miałam ochotę jej buzię zakleić taśmą izolacyjną.
- Michael jest bardzo zajęty - uprzedziłam go, jednak oczywiście musiał zrobić mi na złość:
- Nie jestem, bardzo miło mi będzie was znów gościć - odpowiedział Evie, która na tę wiadomość zaczęła się cieszyć co najmniej jakby spotkała Świętego Mikołaja - Możecie wpaść nawet na kilka dni.
- Że co? - nie wytrzymałam i wypaliłam spoglądając na niego najbardziej morderczym wzrokiem, jaki potrafiłam z siebie wydobyć - Stul dziób.
- Mamuś słyszałaś! - Eva podleciała do mnie i się przytuliła. No i co ja mam teraz zrobić?
- Nie ma za co - rzucił Michael śmiejąc się, a ja przysięgam, że gdyby nie moja córka to walnęłabym mu tak ze znicza, że by od razu mu się tam w głowie oświeciło.
- To jak pojedziemy? - dziewczynka spojrzała na mnie tymi swoimi ciemnymi oczkami, a ja znów nie wiedziałam co mam zrobić.
- Przemyślimy to. Jutro pamiętaj, że jedziemy do Maxa na stajnię.
- A potem?
- Zobaczymy - pogłaskałam ją po główce i znów spojrzałam na tego małpiszona, który myślał że pod maską i okularami może zgrywać cwaniaka - A teraz pożegnaj się z Panem Jacksonem bo wracamy.
- Do zobaczenia księżniczko - przykucnął przy małej, ściągnął okulary i spojrzał na nią wpatrując się podejrzliwie - Masz śliczne oczka.
- Dziękuję, mamusia mówiła kiedyś, że mam je po tacie - Mike spojrzał na mnie, a ja poczułam jak uginają się pode mną nogi - A może byś chciał pójść jutro ze mną i mamusią na stajnię?
- Eva... - już miałam protestować ale 'Pan idiota' znów musiał mi zrobić na złość.
- Z przyjemnością - uśmiechnął się triumfalnie - Przyjadę jutro po was w południe.
- Super! Dziękuję - dziewczynka przytuliła się do niego, a mnie kosztowało miliony aby się nie rozpłakać.
- W takim razie do jutra Mike - rzuciła do niego.
- Do jutra mała - spojrzał na mnie - A my się widzimy wieczorem - puścił mi oczko i ruszył w tylko jego znanym kierunku.
Eva oczywiście znów musiała nas wkopać w każdy możliwy sposób. Nie mogłam jej przecież powiedzieć, że nie chce się widywać z Michaelem. Swoją drogą wciąż mnie zastanawia, dlaczego tak uparcie ciągnie ją do niego? Przecież nie mogła nic podejrzewać, nie? Chyba za bardzo przeceniłam swoje siły. Zdecydowanie.




Mawiają, że do najprzyjemniejszych momentów w życiu należą te, kiedy nie możesz przestać uśmiechać się po spotkaniu lub rozmowie. Właśnie tak się teraz czułem. Całą drogę z cmentarza do domu uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nie dość, że świadomość iż zobaczę ją dzisiejszego wieczoru targała moimi emocjami, to jeszcze jutrzejszy wspólnie spędzony dzień - nie mówiąc o jej ponownej wizycie w Neverlandzie. Domyślałem się, co o mnie teraz myśli, jak wściekła jest moim rozegraniem całej sprawy, ale nie mogłem jej ponownie stracić. Musiałem przynajmniej spróbować, chociaż tyle.
W końcu każdy z nas zasługuje na dużo więcej - na kogoś, kto będzie nas kochał w każdej sekundzie naszego życia, kto będzie myślał o nas nieustannie, zastanawiając się, co w tej chwili robimy, gdzie jesteśmy, z kim jesteśmy i czy czujemy się dobrze. Potrzebujemy kogoś, kto pomoże nam spełniać marzenia i kto ochroni nas przed tym, czego się obawiamy. Powinniśmy mieć u swego boku kogoś, kto będzie traktował nas z szacunkiem i kochał w nas wszystko, a zwłaszcza wady. Zasługujemy na życie z kimś, kto sprawi, że poczujemy się szczęśliwi, tak szczęśliwi, - że wyrosną nam skrzydła.
Po dość długiej kąpieli podszedłem do lustra i spojrzałem na swoje odbicie. Podparłem się rękoma o umywalkę, znów spojrzałem w lustro i nie mogąc wytrzymać otworzyłem górną szafkę, wyjmując dobrze mi znane opakowanie. Wziąłem jedną tabletkę i połknąłem zaciskając oczy.
Do wystawy zostały jeszcze trzy godziny. Długie trzy godziny. Wiedziałem, że Janet może się zjawić lada moment. Cieszyłem się, że zgodziła się mi towarzyszyć dzisiejszego wieczoru. Lisa wyleciała dziś rano, a moja siostra była jedyną osobą, którą mogłem o to prosić. Nie chciałem się przyznać do tego sam przed sobą, ale prawda jest taka, że bolał mnie fakt, że Michelle będzie tam dzisiaj w towarzystwie Emilio. Nigdy mu nie ufałem, nigdy nie chciałem, aby był zbyt blisko niej. Teraz już nic nie mogłem na to poradzić.
- Michael obsrańcu!!! - usłyszałem krzyk siostry z dołu i mimowolnie się uśmiechnąłem.
Zszedłem szybko na dół, nim Janet zdąży coś rozwalić, przewrócić lub zniszczyć. Wszedłem do salonu gdzie siedziała podjadając orzeszki stojące w misce na stoliku obok.
- Czemu tak brzydko na mnie mówisz? - zaszedłem ją od tyłu delikatnie przytulając - Obsraniec?
- Owszem - rzuciła radośnie spoglądając na mnie - Jesteś jeszcze tłuk, kołek...
- Nie kończ - zaśmiałem się - Widzę, że humor Ci dzisiaj dopisuje? - przysiadłem się obok niej.
- No jasne! W końcu idę na imprezę z moim kochanym braciszkiem.
- To nie impreza tylko wystawa, więc proszę tylko zachowuj się tam.
- Zluzuj braciszku - puściła mi oczko - A Lisy już nie ma?
- Nie. Wyleciała dzisiaj rano.
- I dobrze. Niech nie wraca.
- Janet - skarciłem ją - Nie chcę znów zaczynać tego tematu.

- Ale Mike... Taką szopkę jak wy odstawiacie to cały show-biznes jeszcze nie widział. Robicie debili i z fanów i z siebie przy okazji.
- Powiedziałem, że nie chcę rozmawiać znów na ten temat.
- Dobra, Twoje życie i rób z nim co chcesz. Gdy byłeś z młodą to wszystko było inaczej. Nawet uśmiech miałeś inny.
- Mówisz o Michelle? - przypomniało mi się jak dobry kontakt miały za czasów naszego związku - A propos niej... Jest w LA.
- Co?! - prawie zadławiła się orzeszkiem, którego przed chwilą włożyła do buzi - Ale że kiedy? Jak i gdzie?!
- Wróciła parę dni temu. Widziałem się z nią kilka razy. Mieszkała w Londynie razem ze swoją córką.
- Córką...? - spojrzała na mnie podejrzliwie - Czy to twoje....?
- Nie. Michelle poznała kogoś i dlatego mnie zostawiła. Potem zaszła z nim w ciążę.
- Znasz go?
- Nie, podobno zostawił je przed narodzinami małej.
- I Ty jej tak łatwo w to wszystko uwierzyłeś? - zaśmiała się choć mnie wcale nie było do śmiechu - Ona nigdy by Cię nie zostawiła dla nikogo!
- Daj spokój, to zamknięty rozdział.
- Sam jesteś zamknięty baranie - walnęła mnie w ramię - Coś mi tutaj śmierdzi w tej całej historyjce.
- Tak czy siak to koniec. Ma dziecko z innym...
- Albo tak Ci tylko mówi - przerwała mi.
- Powiedziała, że Eva nie jest moja i jej wierzę. Nie okłamałaby mnie w tak ważnej sprawie.
- Nie znasz kobiet - sięgnęła ręką ponownie do miski z orzeszkami - A więc zostaw tą Lisę bo i tak do jednego Ci ona potrzebna jest jak wszyscy wiedzą, i idź do Michelle bo...
- Janet - skarciłem ją ponownie - Powiedziałem, że to koniec. Ja mam Lisę, a ona jest z Emilio. Każde ma swoje życie.
- Emilio? Tym Honses?
- Owszem.
- O żesz kurczaczki... To idiota jakich mało! Miałam mieć u niego kiedyś sesję, przy pierwszym zdjęciu miałam mu ochotę przywalić tak, aby aż zadzwoniło mu w tej durnej łepetynie.
- Opanuj się lepiej, bo dzisiaj będziesz musiała go oglądać.
- Na wystawie?
- Będzie razem z Michelle - posmutniałem momentalnie - Dlatego proszę, nie przynieś mi wstydu.
- Coś czuję, że szykuje się dobra wystawa - zaśmiała się, a ja momentalnie poczułem jak zaciska mi się żołądek.


Spojrzałam na Emilia błagalnym wzrokiem. Na wystawie byliśmy od godziny. Miałam coraz bardziej dość tej sztywnej i nieprzyjemnej atmosfery, nudnych obrazów i nazbyt elegancko ubranych ludzi. Na moje szczęście nigdzie na horyzoncie nie było widać Michaela. Może po rozmowie na cmentarzu zmienił zdanie i jednak postanowił nie przychodzić? Jeśli tak to podjął bardzo dobrą decyzję.

- O której wracamy? - spojrzałam na swojego towarzysza.
- Dopiero przyszliśmy, chodź - złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą - Napijemy się szampana.
Postanowiłam nie odmawiać. Mała ilość alkoholu może pomoże mi wytrwać tutaj jeszcze trochę. Gdy tak staliśmy wraz z dwójką znajomych Emilia, usłyszałam za sobą znajomy, kobiecy głosik wołający moje imię. Odwróciłam się automatycznie, przepraszając swojego partnera i odchodząc w stronę zbliżającej się kobiety.
- Janet! - uśmiechnęłam się na jej widok.
Dziewczyna również z wielkim uśmiechem podeszła i uściskała mnie. Od razu poczułam charakterystyczny zapach jej ulubionych perfum.
- A Ty małpo uciekasz na tyle czasu i nawet się nie pożegnałaś?! - spojrzała na mnie z świetlikami w oczkach.
- Przepraszam... Wtedy wszystko działo się tak szybko. Śmierć rodziców odebrała mi rozum całkowicie i...
- Tak czy siak cieszę się, że znów Cię widzę - przerwała mi - A on... - spojrzała na Emilia - Wy faktycznie...?
- Michael Ci już mówił?
- Taa... A propos niego, stoi przy wejściu i z kimś gada. Chodźmy do niego! - złapała mnie za rękę ale nie dałam się ruszyć z miejsca.
- Nie, nie ma mowy.
- Miśka! - spojrzała na mnie karcącym wzrokiem i wtedy go dojrzałam.
Szedł w naszą stronę z tym swoim śnieżnobiałym uśmiechem i powalającym spojrzeniem. Wyglądał jak zawsze cudownie - ubrany w czarny mundur przyozdobiony srebrnymi dodatkami. Nie miałam już gdzie i jak nawiać. Janet spojrzała na mnie wzrokiem zwycięzcy, bo mimo mojego sprzeciwu i tak stało się po jej myśli.
- Witam Panno Evans - zwrócił się do mnie oficjalnie, całując w wierzch dłoni co mnie trochę zaskoczyło.
- To.... Ja może was zostawię - Janet uśmiechnęła się szeroko i nawiała nim zdążyłam ją w jakiś sposób zatrzymać. No to super, jestem po prostu w dupie.
- Gdzie zgubiłaś Emilio? - nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Nigdzie. Stoi tam i rozmawia - spojrzałam w stronę gdzie go zostawiłam - Michael... - nasze oczy znów się spotkały - Nie przyjeżdżaj jutro po nas.

- Nie rozumiem?
- Trzymaj się po porostu od nas z daleka - już chciałam odejść, ale złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie tak, że nasze ciała były niebezpiecznie blisko.
- Z daleka? - zaśmiał się - I co teraz pójdziesz do niego? Do tego pajaca, którego dobrze wiem, że wcale nie kochasz? Jednego w Tobie kompletnie nie rozumiem... Dla wielu mężczyzn jesteś po prostu idealna. Masz swoje pasje, jesteś piękna, jesteś bystra, dążysz do wyznaczonych sobie celów. Byłem w stanie zrobić dla Ciebie wszystko.... Mógłbym Ci powiedzieć, że byłaś moją gwiazdą, ale jak, skoro byłaś dla mnie całym cholernym niebem? I powiem Ci, że jeśli kiedyś sobie uporządkujesz przeszłość, to szczerze zazdroszczę komuś, w kim się kiedyś naprawdę zakochasz.
- I to jest Twój problem. 'Wszystko'. A czym jest to wszystko co mogłeś mi dać? Czasami mężczyzna chciałby kobietę zabrać na księżyc, chciałby zrobić dla niej wszystko, a tak naprawdę do pełni szczęścia, wystarczy aby stanął z nią mocno na ziemi - jego ciemne tęczówki przeszywały mnie wzrokiem. Już chciał coś odpowiedzieć, gdy 'na ratunek' przybył mi Emilio.
- Jakiś problem Panie Jackson? - usłyszałam za sobą głos Honses.
Mike puścił moją rękę, a ja mogłam wreszcie zwiększyć dystans między naszymi ciałami.
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku - warknął do niego, wyraźnie zły, że przerwał nam rozmowę.
- A gdzież to podziała się Pani Presley? A może już Pani Jackson? - na to pytanie poczułam lekkie ukłucie w sercu, ale nie dałam po sobie tego poznać. Atmosfera między moim byłym, a teraźniejszym partnerem była tak napięta i gęsta, że można by ją kroić nożem.
- Jest na wyjeździe - wzrok Michaela był złowrogi jak nigdy - A teraz przepraszam, pójdę poszukać siostry.
Spojrzał na nas ostatni raz i odszedł, a ja poczułam, że jestem bliska płaczu... Co ten człowiek ze mną robił? Nie miałam już siły na cokolwiek. Marzyłam o tym by wrócić do domu, do Nat, do mojej córeczki... Udawanie szczęścia przy Emilio, a obojętności przy Michaelu wychodziło mi coraz to gorzej.
Minęła kolejna godzina, a moja cierpliwość powoli się kończyła. Z Mike'm mijałam się na głównej sali kilkakrotnie, jednak każde z nas udawało, że nie widzi drugiego. Nagle podeszła do nas brunetka, średniego wzrostu, na oko po trzydziestce - widocznie bardzo dobra koleżanka Emilia.
- Emilio kochanie! - rzuciła się wręcz na niego całując w policzki - Jak ja Cię dawno nie widziałam!
- Również się cieszę, że Cię widzę - uśmiechnął się i spojrzał na mnie - Annie a to jest Michelle, moja partnerka - kobieta spojrzała na mnie i posłała wymuszony uśmiech.
- Miło mi - rzuciłam.
- Mnie również - znów spojrzała na Emilia - Mogę Cię mój drogi prosić na stronę? Chciałabym z Tobą porozmawiać osobiście na tarasie, jeśli to nie problem.
- Oczywiście, pozwolisz? - spojrzał na mnie, a ja kiwnęłam tylko głową unosząc kąciki ust.
Gdy tylko zniknęli za drzwiami tarasowymi poczułam na swoim karku czyjś oddech. Nie musiałam długo się zastanawiać jaki pajac za mną stoi.

- Czekałeś tylko na okazję, prawda? - spojrzałam w górę zatracając się w jego ciemnych jak noc tęczówkach.
- O niczym innym nie myślałem - poczułam nagle jak obejmuje mnie delikatnie dłonią na brzuchu.
- Mike przestań - syknęłam ale on dociągnął mnie do siebie tak, że moje plecy idealnie przylegały do jego torsu - Mike...
- Chodź - złapał mnie za rękę i pociągnął w tylko jego znanym kierunku.
Przeszliśmy jakieś drzwi, potem kroczyliśmy długim holem, gdzie nie było żywej duszy. Co ten wariat znów kombinował? Prowadził mnie dalej, a ja posłusznie za nim szłam. Ufałam mu bezgranicznie, nigdy nikomu na tyle nie pozwoliłam co jemu i nigdy mnie nie zawiódł.
- Gdzie jesteśmy? - spytałam, gdy w końcu raczył się zatrzymać - I dlaczego tak skanujesz mnie wzrokiem?
- A co? Nie mogę? - zaśmiał się. Chce się podrażnić? Proszę bardzo.
- Podoba Cię się to co widzisz? Moje ubranie? - postanowiłam nie być mu dłużna i trochę go podręczyć.
- Podoba mi się to co pod nim się kryje - odpowiedział pewnym głosem, ukazując swoje białe perełki.
- Jak może podobać Ci się coś, co nie jest dane Ci zobaczyć? - przygryzłam wargę wiedząc, jak bardzo gram teraz na jego nerwach.
- Bądź kochanie pewna, że gdybyś teraz stanęła przede mną cała naga, kazałbym Ci się ubrać i wyjść.
- Hmm, interesujące - spojrzałam na niego - Wiec nie chcesz ze mnie ściągnąć tego ubrania?
- Bardzo możliwe - również się zaśmiał.
- To brzmi bardzo niebezpiecznie.
- Niebezpiecznie jest próbować to zrozumieć... Doświadczać tego to już inna sprawa.
- No cóż chyba muszę Ci uwierzyć - widziałam już w jego oczach niecierpliwość.
- Po co wierzyć, skoro możesz to zaraz przeżyć?
- Dobra Jackson, koniec tej gierki - uśmiechnęłam się i chciałam już odejść, gdy ten nagle przygwoździł mnie swoim ciałem do ściany. Sprawy zaczynały się posuwać za daleko...
- Spójrz na siebie - mówił delikatnym głosem - Robię z Tobą co chcę, i ani nie mrugniesz powieką, czy dobremu chłopczykowi byś na to pozwoliła?
- Że słucham? - poczułam narastającą wściekłość. Sama nie wiem jak to się stało, ale momentalnie się zamachnęłam i uderzyłam go z całej siły w twarz policzkując - Jesteś zepsuty do szpiku kości! -syknęłam, a ten się zaśmiał i znów przycisnął mnie do ściany szczerząc się.
- Tak lepiej - skomentował - A najpiękniejsze jest to, że wcale nie chcesz mnie naprawiać.

Gdy już otwierałam usta by mu nawrzucać co o nim myślę, on po prostu mnie pocałował. Był w tym swój rodzaj agresji, ale i smutku i charakterystycznej tylko dla niego czułości. Położyłam ręce na jego torsie chcąc go odepchnąć, ale on na moje ruchy jeszcze mocniej dociskał mnie do ściany pogłębiając pocałunek, w którym zaczynałam powoli odpływać. Nagle jak na mrugnięcie powieką, wszystkie wspomnienia sprzed 6 lat wróciły. Najpiękniejsze i najszczersze wspomnienia. Miłość jest nieśmier­telna, na­wet gdy po­pełnia sa­mobójstwo - nie umiera. Dla­tego nig­dzie też nie ma gro­bu. Bo miłość to czas. To każda chwi­la. Co była, jest i nig­dy się nie zat­rzy­ma. Na­wet gdy już daw­no za­pom­niana. I gdy wy­daje się, że tyl­ko sta­ra fo­tog­ra­fia o niej przy­pomi­na, ona trwa w ser­cu każde­go, kto się z nią zet­knął. W końcu zarzuciłam mu ręce na szyję, a wtedy już czuł że ma całkowite przyzwolenie. Każdy jego po­całunek sma­kował jak dot­knięcie nieba, każdy do­tyk był niczym kro­pel­ka deszczu, sprag­niona zet­knięcia się z ziemią. Sple­cione ręce to odzwier­cied­le­nie na zaw­sze sple­cionych serc, których nie można było zo­baczyć.
Gdy oderwał się ode mnie niechętnie, spojrzał mi prosto w oczy i wyszeptał:
- Nareszcie - uśmiechał się delikatnie i znów delikatnie mnie pocałował - Tak bardzo tęskniłem, tak strasznie Cię kocham... Boże... Jak ja Cię kocham...
Na te słowa serce zaczęło mi pękać. Co ja najlepszego wyprawiam? Ranię i jego i siebie, ranię wszystkich w okół.
- Michael nie... - odsunęłam go delikatnie - Proszę zapomnijmy o tym...
- Nie zaprzeczaj teraz... W tym momencie właśnie mi udowodniłaś, ile wciąż dla Ciebie znaczę. Gdybyś kochała Emilia, nigdy nie zrobiłabyś tego co zrobiłaś przed chwilą.
- Mike proszę... - poczułam łzy napływające mi do oczu - Masz Lisę, nie niszczmy tego. Jest dobrze tak jak jest. Niedługo wyjadę i...
- Powiedz mi jaki to ma sens? Ciągła ucieczka przed sobą?
- Proszę... Nie dajmy się zwariować, to szaleństwo.
- Po­dob­no ci, którzy sza­leją z miłości, by­li już przed­tem wariatami. By­wają wiel­kie zbrod­nie na świecie, ale chy­ba naj­większą jest za­bić miłość, a Ty właśnie to robisz - spojrzał na mnie i znów chciał mnie pocałować, ale w ostatniej chwili odwróciłam głowę.
- Nie mogę, przepraszam - rzuciłam tylko i wysmyknęłam się z jego objęć i uciekłam.
Wpadłam na główną salę gdzie prawie zderzyłam się z Emilio, który najwyraźniej mnie szukał.
- Tutaj jesteś - uśmiechnął się - Coś się stało? Płakałaś? - dotknął dłonią mojego policzka.
- Nie... Źle się czuję, przepraszam... Możemy wracać?
- Oczywiście kochanie, chodź.
Dopiero po opuszczeniu budynku odetchnęłam z ulgą. Wsiedliśmy do samochodu, gdzie opadłam zmęczona psychicznie na fotelu.
- To jak, jedziemy do mnie? - wyszczerzył się zadziornie.
- Emilio proszę, zawieź mnie do Natali. Chce jechać do domu.
- Oj skarbie nie udawaj - złapał mnie za rękę - Potrzeby należy zaspokajać.
- Jestem zmęczona, źle się czuję, nie dzisiaj - skwitowałam, na co tylko smutno się uśmiechnął, ale nic już nie powiedział.
Ostatnie czego teraz chciałam to dzika orgia z Emilio. Prawda jest taka, że cała potrzeba mojego serca została przed chwilą zaspokojona - pocałunkiem ukochanej osoby.

***

Komentarz = to motywuje!


~~~~~

"W życiu można się śmiać i płakać.
Wygrywać i przegrywać.
Pamiętać i zapomnieć.
Upadać i wstawać - ale najpiękniejsze jest to,
że życie daje nam szansę,
by zaczynać wszystko od początku. "

piątek, 5 lutego 2016

Rozdział 7

Pobiadole na początku ;3
Ja wiem, że wy macie ochotę Miśce łeb ukręcić ostatnio (xD), no ale na tym polega cała idea RILY, obiecuję jednak, że od ósmego rozdziału zacznie się między naszymi zakochańcami dziać trochę więcej ...;3
Miśka trochę namieszała i teraz musi jakoś odnaleźć wyjście z labiryntu, który sama zbudowała. Dlatego ja nie lubię kłamać, bo potem trzeba dużo myśleć i zapamiętywać xDDD
Z dzisiejszej notki zadowolona nie jestem, no ale ocenę końcową pozostawiam wam kochani.

W niedzielę wyjeżdżam pod Łódź na 3 dni, inne otoczenie może wpoi mi trochę weny, bo ostatnio średnio z tym u mnie. Ostatnio (w środę xd) miałam kaca życia, serio... Nigdy się tak fatalnie nie czułam i nikomu nie polecam się doprowadzić do takiego stanu i to we własnym domu xDDD
Pozdrawiam rodziców, a w szczególności mamę i tatę, którzy mieli potem ze mnie bekę cały dzień <3 XDDD
Zapraszam do czytania i oceny! <333

~~~~~

Gdyby każdy spotkał w swoim życiu choćby tylko jedną osobę, która mu powie: "Będę Cię kochał, niezależnie od wszystkiego. Będę Cię kochał, nawet jeśli nierozsądnie postępujesz. Nawet wtedy kiedy się poślizgniesz i rozbijesz nos. Kiedy się mylisz, kiedy popełniasz błędy. A także kiedy się zachowujesz jak zwykły człowiek... - nawet wtedy będę Cię kochał". Wówczas opustoszałyby szpitale psychiatryczne. Psychiatrzy raczej nie leczą ludzi, którzy wiedzą i czują, że są kochani. Ja nie czułam się kochana, jednak sama kochałam szczerze i prawdziwie, ukrytą głęboko w sercu miłością, której nie pozwalałam wychodzić na światło dzienne.
Stałam przed lustrem poprawiając ostatni raz makijaż. Spoglądałam co chwila na zegarek wiedząc, że lada moment może już przyjechać po mnie Emilio. Szczerze mówiąc nie miałam ochoty ani na ten cały obiad, ani na jutrzejszą wystawę, na którą przecież również zgodziłam się z nim pójść. Mam wrażenie, że robiłam to wszystko aby udowodnić sobie kilka rzeczy, szkoda tylko, że średnio mi to wychodziło.
Wzięłam leżącą na komodzie w sypialni torebkę i poszłam do kuchni, gdzie siedziała Nat wraz ze swoim chłopakiem - Tomem. Przyjechał wczoraj na kilka dni. Widziałam po przyjaciółce, że jest naprawdę przy nim szczęśliwa. Był to blondyn w podobnym do Natali wieku. Uśmiechnięty, przyjazny z wielkim poczuciem humoru. Od razu szło go polubić.
- Dzieciaczki, ja wychodzę - rzuciłam w  progu do tych zakochańców - Nie zapomnijcie, że Eva jest w pokoju obok, więc grzecznie mi tutaj.
- Dobrze mamo! - rzucił Tom puszczając mi oczko - My zawsze jesteśmy grzeczni.
- Oczywiście, wierze wam na słowo.
- Oj ciotka nie nawijaj już tak bo Ci taśmy zabraknie - zaśmiał się i spojrzał na Nat karcącą go wzrokiem.
- Wiesz kochanie, gdyby Cie pies usłyszał to by się o swoją budę zabił - skwitowała grożąc mu palcem i śmiejąc się przy okazji - A Ty Miśka uważaj tam na siebie.
- Spokojnie, przecież nic mi nie będzie - uniosłam lekko kąciki ust, chcąc ją uspokoić.
- Nie ufam temu gościowi - spojrzała na mnie niepewnie - Nie chcę abyś znów cierpiała.
- Nie martw się, nie może mnie zranić ktoś, kto nie jest dla mnie kimś ważnym. A teraz wybaczcie, ale muszę już iść. Eva jest u siebie i chyba śpi, wrócę za kilka godzin.
-Tylko tam grzecznie! - krzyknął za mną jeszcze Tom, na co się zaśmiałam w duchu.
Opuściłam mieszkanie czując jak zaciska mi się żołądek. W pewnym momencie miałam już ochotę zawrócić, jednak nie mogłam przecież wystawić go na chwilę przed spotkaniem. Tak jak myślałam - czekał już na mnie na dole. Był jak zawsze punktualny i jak zwykle ubrany nadzwyczaj elegancko. Był to jeden z jego znaków rozpoznawczych, gdyż zobaczenie go bez koszuli, krawata i garnituru było czymś niemalże niemożliwym.
- Pięknie wyglądasz - uśmiechnął się na mój widok i pocałował w wierzch dłoni jak to miał w zwyczaju.
- Dziękuję, Ty również - odwzajemniłam uśmiech.
- Wolisz jechać samochodem, czy spacer? Piękna dzisiaj pogoda, więc szkoda dusić się w aucie.
- Zdecydowanie spacer - mężczyzna objął mnie ramieniem i ruszyliśmy w kierunku centrum. 
Ra­dość ze zwykłej chwi­li: to ta­kie pros­te i cza­sem tak nieosiągalne.


Spojrzałem na Lisę opartą głową o szybę w limuzynie. Wracaliśmy ze studia, po dość wyczerpujących kilku godzinach ciężkiej pracy. Tylko muzyka pozwalała mi się całkowicie wyłączać przed otaczającą mnie, szarą rzeczywistością, która ostatnio czułem jakby się na mnie uwzięła. Mimo iż miałem wokół siebie tylu ludzi - czułem się strasznie samotny. Nie ma chyba nic gorszego, niż bycie samotnym pośród ludzi. Brakowało mi ciepła, szczerego uśmiechu, kogoś kto szczerze zapyta: jak się czuję? Kogoś, kogo naprawdę będzie interesować co się ze mną dzieje. Często my sa­mi wy­biera­my tęsknotę... Może dla­tego, że spot­ka­nie po długim cza­sie ocze­kiwa­nia jest jak ulu­biony de­ser, po wy­muszo­nym zjedze­niu obiadu. Lisa spojrzała na mnie posyłając fałszywy uśmiech:
- O czym myślisz? - przysunęła się bliżej mnie, opierając głowę na ramieniu - Ostatnio jesteś jakiś nieobecny.
- Mam trochę spraw na głowie - skwitowałem, nie chcą się jej tłumaczyć, gdyż i tak nie interesowały ją moje problemy - O której jutro wyjeżdżasz?
- Rano. Samolot odlatuje o 10, więc muszę wyjechać wcześniej z domu. Wrócę za kilka dni.
- Liczyłem, że wybierzemy się razem na tę wystawę...
- Mówiłeś, że pójdziesz z Janet jeśli mi wyjazd w tym terminie wypadnie? - spojrzała na mnie pytająco.
- Owszem i wybieram się z Janet. Aczkolwiek myślałem, że ten wyjazd wypadnie Ci później... Daj znać, jak będziesz już na miejscu - pocałowałem ją w czubek głowy i wyjrzałem przez szybę, obserwując przez przyciemniane szkło, jak się toczy życie na ulicach LA.
Gdy stanęliśmy na światłach, zauważyłem ją - ubrana w piękną, niebieską sukienkę i białych szpilkach w jego towarzystwie. Szli powoli, nigdzie się nie spiesząc i śmiali na głos widocznie dobrze się bawiąc w swojej obecności. Poczułem ukłucie w sercu na myśl, jak bardzo są razem szczęśliwi. 
Zawsze pragnąłem jej uśmiechu. W końcu jeśli się kogoś kocha, powinno nam zależeć na jego szczęściu. Nie będę ukrywać jednak, iż marzyłem, że to ja będę ją uszczęśliwiać. Emilio wygrał, zaczął to wszystko lata temu, aż w końcu doczekał się swojej chwili. Nasze rozstanie otworzyło mu drogę, a on wykorzystał okazję. Z transu wyrwała mnie moja partnerka, która zauważyła jak zawzięcie obserwuję coś po drugiej stronie ulicy.
- Mike? - spojrzała w kierunku, w którym jeszcze przed chwilą ja się wpatrywałem - Czy to Michelle?
- Tak, wraz z Emilio Honses.
- Kojarzę go - uniosła lekko kąciki ust - Był niedawno u nas w studio i omawiał sesję z jedną dziewczyną.
- To jego praca - westchnąłem, gdy akurat limuzyna ruszyła na zielonym świetle - Są razem.
- Dlaczego mam wrażenie, że nie jest Ci to całkowicie obojętne? - Lis spojrzała na mnie z delikatnym wyrzutem na co się sztucznie zaśmiałem.
- Wydaje Ci się. Cieszę się, że są razem szczęśliwi - poprawiłem się na siedzeniu.
- To on jest ojcem ten małej, z którą była ostatnio w Neverlandzie?
- Nie, ojciec Evy podobno je zostawił - skwitowałem chcąc zakończyć ten niewygodny dla mnie temat.
Resztę drogi do domu spędziliśmy w ciszy. Widziałem po niej, że nie jest zadowolona zaistniałą sytuacją, jednak starałem się nie zwracać na to większej uwagi. Gdy tylko zajechaliśmy do Neverlandu udałem się do swojego gabinetu, pragnąc samemu podumać w spokoju. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu przy biurku, wyciągając na stół całą masę papierów. Przeglądałem je ze spokojem, próbując pozbierać myśli, gdy nagle drzwi do gabinetu otworzyły się:
- Musimy porozmawiać - Lisa wparowała do środka niczym huragan.
- Słucham ? - niechętnie oderwałem wzrok od makulatury, spoglądając na wściekłą kobietę, stojącą po drugiej stronie mojego biurka - O co chodzi?
- Jak długo to potrwa?
- Nie rozumiem? - zmarszczyłem brwi spoglądając na ją niepewnie - Możesz mówić jaśniej?
- Chodzi o nią. Michelle - jej ton był twardy i oschły - Od jakiegoś czasu nie jesteś sobą. Chodzisz zamyślony i nieobecny. Nawet w łóżku nam się przestało układać.
- A więc to tu Cię boli? - zaśmiałem się - Bo seks ze mną nie jest już tak cudowny jak kiedyś?
- Nie rozumiesz... To wszystko przez nią zaczęło się walić!
- Obwiniasz ją za nasze niepowodzenia w łóżku? - powoli wychodziłem z siebie - A może powinnaś spojrzeć na siebie i tam się doszukać problemu, zamiast próbując go znaleźć w innych?
- Jak możesz?! - do oczu napłynęły jej łzy, a ja zacząłem żałować wypowiedzianych słów - Jakoś wcześniej nie miałeś z niczym problemów!
- Przepraszam... - rzuciłem ze skruchą podchodząc do kobiety i delikatnie ją przytulając - Nie powinienem tak mówić... Po prostu ostatnio mam gorszy okres. Nie powinienem Cię za nic obwiniać, to nie Twoja wina, że ostatnio jest między nami gorzej...
- A więc w czym tkwi problem?
- W nas obojgu - spojrzałem na nią - Nie potrafimy stworzyć prawdziwej relacji, wszystko idzie pod media. Brak nam normalności, prawdziwego uczucia, ale to już nie temat na dzisiaj. Wrócimy do tego po Twoim powrocie.
- Chcę wiedzieć teraz - skwitowała - Inaczej będzie mnie ta sprawa męczyć całą podróż i pobyt.
- Proszę, w nerwach nic nie zdziałamy - pocałowałem ją w czoło i odsunąłem się delikatnie - Idź odpocząć, jutro czeka Cię długa droga.
- Mike...?
- Tak? - odwróciłem się i spojrzałem na kobietę.
- W takim bądź razie powiedz mi jedno - wzięła głęboki oddech, a ja kiwnąłem głową - Powiedz mi z ręką na sercu, że nic do niej nie czujesz, że nic was nie łączy. 
Nie spodziewałem się takiej prośby. 'Nic nie czuję?' - Jak mam nic nie czuć? Umierałem z tęsknoty, każda moja myśl była jej poświęcona. Spojrzałem na Lisę nie wiedząc co zrobić. Lepiej było powiedzieć prawdę, która by ją zabolała - czy uszczęśliwić kłamstwem, którego ukrywanie i tak by nas niszczyło? Zło to zło... Mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno: proporcje są umowne, a granice zatarte. Nie jestem świątobliwym pustelnikiem, nie samo dobro czyniłem w życiu, ale jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale. Dlatego też po prostu rzuciłem jej przepraszające spojrzenie i spanikowany wyszedłem z gabinetu. Nie odpowiedziałem jej nic, zostawiając ją z jej niespełnioną prośbą w samotności. Wiedziałem, że ją ranię i nie postępuję fair, jednak musiałem być tez w porządku wobec samego siebie. Opuściłem budynek i ruszyłem ścieżką, przechadzając się po Neverlandzie.
Mimo, iż niebo było pokryte chmurami to ciepłe powietrze miło muskało moją skórę. Usiadłem na jednym z moich ulubionych drzew i spojrzałem w niebo, czując jak do oczu ukrytych pod szkłami okularów, napływają pojedyncze łzy. Myślałem, że najgorsze w życiu to być samotnym. Tak nie jest - najgorsze w życiu to być z ludźmi którzy sprawiają, że czujesz się samotny. Sześć lat temu jeszcze, czułem się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Myślałem, że wtedy wygrywam tę walkę, lecz ona zwyciężyła mnie przeszywającym spojrzeniem, którego ostrze utknęło głęboko w moim sercu. Była to porażka, której nigdy nie bałem się ponieść.


Siedzieliśmy z Emilio w jednej z najlepszych restauracji w LA. Po złożeniu zamówienia zatraciliśmy się w rozmowie, dzięki której choć na chwilę zapomniałam o wszystkim innym. Opowiedziałam mu jeszcze raz wszystko od śmierci rodziców, cały pobyt w Londynie aż to teraz - mojego powrotu. Oczywiście bacznie pomijałam temat Michaela jeśli chodziło o Evę, sprzedałam swojemu byłemu pracodawcy tą samą bajkę co Mike'owi: poznałam kogoś w Anglii, zaszłam w ciążę, a on nas zostawił. Nie pogubienie się w tej całej szopce dużo mnie kosztowało. Musiałam być ostrożna, gdyż najmniejszy błąd mógłby się skończyć fatalnie.
- Więc kiedy planujesz powrót do Europy? - spojrzał na mnie popijając łyk wina.
- Za kilka dni, nie mam zaplanowanego konkretnego dnia.
- A może przemyślisz kwestię pozostania tutaj w Ameryce? - uniósł lekko kąciki ust - Nie będę ukrywać, że Twój wyjazd strasznie mnie smuci.
- Niestety, jednak moja decyzja jest nieodwołalna. Musiałoby nie wiem co się stać, abym te plany zmieniła - w tym momencie podszedł do nas kelner, podając nasze zamówienie.
- Szkoda - rzucił, gdy kelner już się oddalił zostawiając nas ponownie samych - Widać Michelle, że przed czymś uciekasz, nurtuje mnie tylko pytanie: przed czym?
- Przed niczym - skwitowałam - Po prostu tam teraz jest moje życie, mój dom.
- Rozumiem - zmienił temat - Jutro wpadnę po Ciebie ok 17, wystawa jest na godzinę 18.
- Świetne, zdążę rano zajść na cmentarz z Evą.
- Strasznie mi przykro, z powodu Twoich rodziców...
- Dziękuję - spuściłam wzrok - To po ich odejściu, wszystko zaczęło się tak mocno komplikować.
- Wszystko dałoby się rozwiązać - zaczął - Gdyby ludzie ze sobą rozmawiali. Tylko komunikowanie się za pomocą słów przynosi efekty. Milczenie rodzi milczenie, wreszcie pojawia się głucha cisza, która zalega jak beton.
- Chyba właśnie to milczenie wszystko spieprzyło.
- Mówisz o Michaelu? - nie spuszczał ze mnie wzroku, widać nurtował go temat naszego rozstania.
- Może, teraz to już nieważne, nieistotne. To zamknięty rozdział - dłubałam widelcem w jedzeniu lekko poddenerwowana - Od zawsze popełniałam wiele błędów. Teraz ponoszę ich konsekwencje. A mama zawsze powtarzała: mów prawdę, najpierw myśl a potem mów, nigdy nie odkładaj nic na ostatnią chwilę...
- Jeśli kiedykolwiek poczujesz się źle z powodu prokrastynacji, czyli odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę, to pamiętaj, że Mozart skomponował uwerturę do opery "Don Giovanni" rankiem, w dniu jej premiery.
- Tylko, że Mozart był geniuszem, a ja niestety mądrością nie grzeszę - zaśmialiśmy się - Lecz  podobno nic nie dzieje się bez przyczyny.
- Owszem, więc wypijmy za to - uniósł swoją lampkę po czym stuknęliśmy się i wypiliśmy zawartość.
Reszta obiadu minęła spokojnie. Przesiedzieliśmy tak dobre dwie godziny, po czym odprowadził mnie z powrotem do domu. To wyjście całkiem dobrze mi zrobiło - w końcu wyrwałam się, zaczynałam normalnie funkcjonować. Nie było to łatwe, lecz nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania zaatakowała mnie Natalia ze swoją wieeelką buzią i milionem pytań.
- Gdzie Eva? - spytałam ściągając buty.
- Siedzi z Tomem i grają w Monopoly, chodź do salonu - pociągnęła mnie za rękę - A teraz siadaj i opowiadaj.
- Ale że co? - usiadłam na kanapie i spojrzałam na przyjaciółkę - Zjedliśmy obiad, pogadaliśmy i tyle.

- Na pewno?
- Na pewno - przewróciłam oczami - Ksiądz jesteś? Bo ja nie przypominam, abym się pisała do spowiedzi.
- Przepraszam - przygryzła wargę - Po prostu ciekawi mnie to wszystko. 
- Chciałaś abym żyła normalnie, więc właśnie to robię - posłałam jej fałszywy uśmiech -  Sama już Cię nie rozumiem. Najpierw każesz mi zapomnieć o Michaelu, a kiedy próbuję z kimś innym to marudzisz.
- Nie o to chodzi... Po prostu chcę abyś była szczęśliwa, jednak mam czasem już wrażenie, że Twoje uśmiechy teraz, nie są tak szczere i prawdziwe jak kiedyś, gdy byliście razem.
- Nat posłuchaj, ja...
- Co się tutaj wyprawia? - przerwał nam rozmowę Tom, który wszedł dumnym krokiem do pomieszczenia razem z moją córeczką.
- Mamusia! - dziewczynka pobiegła do mnie i wgramoliła się na kolana przytulając mocno - Tęskniłam za Tobą.
- Ja za tobą też kochanie - pocałowałam ją we włoski - Jutro rano idziemy na cmentarz, pamiętasz?
- Tak! Do babci i dziadka - uśmiechnęła się - A potem znów pójdziemy na spacer?
- Niestety, wieczorem wychodzę, więc po cmentarzu musimy wrócić do domku - pogłaskałam ją po główce - Ale obiecuję, że Ci to wynagrodzę. 
- Pojedziemy do Neverlandu? Tam było super! - spojrzała na mnie z nadzieją w oczach, a ja znów nie wiedziałam jak wybrnąć z sytuacji. Szukałam ratunku u przyjaciółki, która smutnym wzrokiem spojrzała na nas.
- Eva posłuchaj - zaczęłam delikatnie -  Michael jest sławny jak wiesz i jest przez to bardzo zajęty, zaprosił nas raz i na tym niestety koniec - pocałowałam jej małą rączkę - Pójdziemy gdzieś indziej, obiecuję.
- Wiem! - wtrąciła się Natalia - Max dzwonił wczoraj i ma niby wrócić jutro z Nowego Yorku już. Także jak będziecie miały czas i chęci to możecie się wybrać pojutrze czy w inny dzień na stajnię. Podobno Eva też jeździsz?
- Tak, jeździłyśmy z mamusią w stajni obok Londynu - spojrzała na mnie - To pojedziemy do tej stajni?
- Oczywiście, jeśli tylko będziesz chciała i Max nie będzie miał nic przeciwko to pojedziemy.
Przytuliłam mocno dziewczynkę przymykając przy tym oczy. Dziecko może nauczyć dorosłych trzech rzeczy: cieszyć się bez powodu, być ciągle czymś zajętym i domagać się, ze wszystkich sił tego, czego się pragnie. Chyba muszę zacząć brać z niej przykład.

***

Komentarz = to motywuje!

~~~~~~

"Nie wiń za nic nikogo w swoim życiu: 
dobrzy ludzie dają szczęście, 
źli - doświadczenia,
najgorsi ludzie dają Ci dobre lekcje,
a najlepsi piękne wspomnienia."